logo

VII. Queen needs wings.

VII. Queen needs wings.
            Strach towarzyszy chyba każdemu, czasami zastanawiam się czy uda mi się osiągnąć swój cel. Pytania dokąd zmierzam i tego typu podobne nie zaprzątają mi już głowy. Mam jasno wyznaczony cel, którego obawiam się nie zrealizować.

            Zastanawiam się czy to jest przeczucie, a może po prostu tak już jest. Nie wiem nawet czego się obawiam. Porażka? Przecież zwycięstwem jest to, że tu jestem, a mimo to ciągle gdzieś płynę. Dokąd? I czego tak naprawdę chcę?

            Czy jestem tym typem, który zawsze musi wygrywać, a porażki nie wchodzą w grę? Bo ważne jest to, jak wysoko jestem, a nie to że coś przeżyłem, że spróbowałem, mimo że się sparzyłem.

            Teraz już podróż mi nie wystarcza, chcę dostać się do Ligii i nie zamierzam się cofać, potrzebuję tego by czuć się dobrze. A czy wystarczy mi sama kwalifikacja? Czy ciągła gonitwa jest czegoś warta?

            Chyba nigdy się nie dowiem, po prostu podejmę wyzwanie i nie będzie ważne jak to zostanie odebrane.

            Kyle odłożył swój zeszyt, tuż po zapisaniu tych słów. Dawno już nic nie pisał, a to w dziwny sposób go odprężało. Dzisiaj nie czuł się najlepiej, panował nad nim jakiś dziwny lęk. Sam nie wiedział skąd się to bierze.

            Wstał praktycznie wraz ze słońcem. Dopiero co słonce wynurzało się, przebijając zielone korony drzew. Caterpie zaczęły wychodzić ze swoich ukryć, by ruszyć w poszukiwaniu pokarmu, a Pidgeye wzbijały się w swoje pierwsze podróże. Letni powiew wiatru orzeźwiał, a z minuty na minutę stawało się coraz cieplej. Zapowiadał się kolejny ciepły dzień. Kyle cieszył się, że wciąż są w lesie.

            Poliwag wreszcie wyturlał się z namiotu i ruszył w stronę trenera, który wpatrywał się w zalesioną przestrzeń.
- O wstałeś już. Może czas na trening? – spytał, choć znał odpowiedź.
- Poli, Poli. – Podskoczył radośnie pokemon, jak zwykle pełny entuzjazmu.
- Ale najpierw śniadanie, nie możesz zacząć bez posiłku, zresztą Heracross i Sunkern, też nie powinni.  – Wyjął z torby poke chrupki i umieścił w trzech miseczkach. Wypuścił jeszcze dwóch podopiecznych . Kyle chciał zacząć dzisiaj kolejny trening, pracował nad kolejnymi atakami i oczywiście rozwijanie parametrów swoich stworków. Moment pierwszej bitwy zbliżał się nieubłagalnie.

            Wreszcie nadszedł moment treningu. Kyle szybko zabrał się za szkolenie nowych ataków u Poliwaga, Heracrossa ćwiczył w sile i kazał mu uderzać rogiem w drzewa, a Sunkern ćwiczył swoją prędkość. Oczywiście hałas obudził Alice, która tuż przed wyjściem ogarnęła się i postanowiła po raz kolejny upomną przyjaciela o zachowaniu ciszy.
- Kyle! Człowieku, mógłbyś spać do normalnej godziny. Rozumiem siódma, ale dochodzi dopiero szósta – zaprotestowała wyłaniając się z żółtego namiotu.
- Przestań, ty też powinnaś poćwiczyć – odparł nie zwracając na nią uwagi. Dziewczyna z niechęcią wyszła z namiotu.
- I poćwiczę, jak zrobimy sobie przerwę w podróży.
- Wiesz, że musimy się spieszyć?
- Nie, nie wiem. Człowieku daj sobie spokój. Dasz radę w pierwszej Sali, o ile pamiętam Whitney ma typ normalny. Wystawisz Heracrossa i po sprawie. – Wypaliła starając się nie pobić go.
- Serio? Myślisz, że to takie proste? Wystawię typ walczący, to wygram z góry. Widać po twoim ostatnim występie skutki. – Palnął. Po chwili się zastanowił i miał ochotę błagać o wybaczenie.
- Och, proszę cię dałam z siebie dużo, a nie ćwiczyła nie wiadomo ile, a ty ćwiczysz, ćwiczysz i ja nie widzę żadnych efektów, bo nie walczysz z trenerami! – Warknęła.
- To co może ze mną zawalczysz?!
- Z miłą chęcią. Załatwię cie Metapodem! – zaśmiała się.
- Robak kontra robak? – spytał podekscytowany.
- Dawaj!
            Całą wojnę przerwała blond włosa dziewczyna, która wpadła pomiędzy skłóconych trenerów. Dziewczyna pozbierała się szybko, otrzepując z kurzu swoje czarne legginsy. Poprawiła swoją czerwoną kamizelkę i rozejrzała się nerwowo, poprawiając na dłoni stylową, czarną torbę.
- Cześć – zawahała się. Spojrzała dokładniej i rozpoznała jedną z postaci. – Aaa, to ty. Jesteś tą debiutantką, co przegrała z boską, a boską Caroline – pisnęła. Kyle zakrył uszy, nie był gotowy na ten dźwięk. – Czekaj, czy nie jesteś Ann, a może Annabell. A nie, Alice? Tak zgadza się – rozgadał się.
- Cześć – odpowiedziała zaskoczona Alice, właściwie też sobie ją przypomniała. Dopiero kiedy zza jej nóg wyszedł Teddiursa zrozumiała z kim ma przyjemność.
- Słodka May? – spytała. – Znaczy tylko May – poprawiła się, nie chcąc urazić jej uczuć.
- Uważasz, że jestem słodka. O ja. Ale super, też jesteś urocza. Pomysłowa, wiem pewnie jesteś jedną z tych alternatywnych koordynatorek i promujesz brzydotę. – Powiedziała nieopatrznie May. Wyrzucała z siebie słowa nie patrząc na reakcję.

            Kyle słysząc ostatni komplement parsknął śmiechem. Alice zmroziła go wzrokiem, jednak on nie potrafił się opanować.
- Promujesz brzydotę? Interesujące – westchnął powstrzymując falę napływającego śmiechu.
- Nie, nie, że jesteś brzydka. Chodzi, że wystawiłaś takiego Metapoda, to obrzydliwy robak, ja bym go trzymała, aż zmieni się w Butterfree. No wiesz, przecież to uroczy pokemon, ale jego wcześniejsze formy są obrzydliwe. No wiem, wiem może to puste, ale nikt nie wygrał z takim pokemonem. – znowu dostała słowotoku, a Kyle wybuchł większym śmiechem.
- O tak, no bo przecież ty nie chciałaś tak zrobić – zachichotał Kyle. Alice nie potrafiła nic wydukać, czuła się tak zażenowana.

            Wzrok May przeniósł się oczywiście na Kyle’a. Spojrzała na niego i od razu podskoczyła z radości.
- Wow, o ja nie mogę! Czy to jest twój chłopak, jest taki przystojny! – zachwyciła się.
- On nie jest moim chłopakiem! – zaprotestowała Alice.
- Naprawdę, a szukasz dziewczyny, bo wiesz chętnie bym się z tobą umówiła. Może pójdziemy gdzieś razem?
- Tak, on na pewno z tobą gdzieś wyjdzie.
- Nie – powiedział, szukając jakiegoś banalnego wytłumaczenia. – Nie mam czasu, muszę ćwiczyć.
- O jesteś też ambitny. Możemy stworzyć idealną parę. Ty mistrz Ligii, ja wielka koordynatorka. – Rozmarzyła się. Alice tym razem zaczęła się śmiać. A Kyle czuł jakby właśnie zapadał się pod ziemie.
            Alice postanowiła ukrócić tych nieprzemyślanych komentarzy nowo przybyłej znajomej i zmienić temat, na bardziej neutralny, w szczególności, że poczuła się lekko zazdrosna o obiekt wzdychań May.
- May co cie tu sprowadza? – Zmieniła temat Alice, chociaż korciło ją dokończyć zdanie zupełnie inaczej.
- Jak wiadomo potrzebuję nowego piękna. Chciałabym złapać Butterfree. One są piękne, a takie piękno jest warte księżniczki. – Uśmiechnęła się, po czym puściła oko do Kyle,a’, który na chwilę zdrętwiał.
- A nie myślałaś aby zacząć od Caterpie, ich jest tu tak dużo – udzieliła rady Alice. Chociaż sama przypomniała sobie swój początek.
- Po co czekać?

            Alice poczuła, że dyskusja, nie ma największego sensu. Chciała po prostu pozbyć się natrętnej koordynatorki. Kyle przyjrzał się małemu misiowi, który wyglądał naprawdę słodko i postanowił skorzystać z okazji i zdobyć trochę informacji.

Teddiursa pokemon miś, typu normalnego. Jest cenioną maskotką, Rzadko spotykany, najczęściej w lasach. Przez większość swojego okresu chroniony przez rodziców. Ma bardzo nieśmiałą naturę albo się boi, albo się cieszy.

          Przyjaciółka wymownie spojrzała się na trenera, licząc że tym razem sobie odpuści. Przecież ukończył szkołę i ma duże pojęcie o pokemonach.
- Naprawdę musiałeś? – spytała zażenowana. – Też mam pokedex, a widzisz, żebym latała z nim i skanowała prawie wszystko.
- Oj, aktualizuję dane, wiesz jak fajnie będzie się pochwalić ile pokemonów widziałem. – Uśmiechnął się dumnie.
- O tak, bo przecież o to chodzi.
- Wracając do najważniejszego tematu, nie widzieliście tutaj Butterfree podobno występują tutaj na potęgę – przerwała sprzeczkę May.
- Nie, nawet nie wiedziała, że jest ich tutaj dużo – odpowiedziała Alice. Kyle wtedy wpadł na genialny pomysł.
- A może stoczycie pojedynek koordynatorski. No wiecie.
- Kyle! Z nią nie ma mowy.
- A niby czemu nie. Co sugerujesz, że jestem gorsza, bo mam mniej kreatywny styl. Bo umiem pokazać piękno pokemonów i zrobić piękne, klasyczne show, a ty jesteś artystką i robisz dobry pokaz. Myślisz, że jesteś lepsza? – zirytowała się May.
- No i widzisz co zrobiłeś. – Puściła uwagę mimo uszu. Kyle tylko uniósł bezradnie dłonie.
- Odpowiedz mi! Nie ignoruj mnie!
- Nie da się, choćbym próbowała. – Spochmurniała Alice.
- Co to miało znaczyć. Walczmy.
- Dobra mała! – warknęła i wyjęła pokeball.

            Dziewczyny stanęły na przeciw siebie. Przed May stanął mały słodki Teddiursa, a Alice wybrała Metapoda. Postanowiła dać nauczkę małej, tak samo jak i ona dostała swoją.
- Teddiursa tunel. Znam twoją strategię. – Powiedziała pewnie.
- No i co z tego. Postaramy się, żebyś się już nie wydostała. Metapod, obrotowy ruch i strzel pajęczyną. – Zielony półksiężyc zaczął obracać się z zawrotną prędkością, wystrzelają z siebie białe nici, które wyglądały niczym jedwabne taśmy akrobatek. Pole szybko pokryło się białą nicią.
- Serio. Myślisz, że tego się nie spodziewałam. Ognista pięść. – Teddiursa wyskoczył z tunelu spalając nicie. Znalazł się w powietrzu. – A teraz prędkość. – nakazała, a seria złotych gwiazdek uderzyła w oponenta, zadając mu nieznaczne obrażenia.
- Metapod, stalowa obrona. – Pokemon zalśnił metalowym połyskiem i gwiazdki przestały robić mu jakąkolwiek krzywdę.
- Ha, ha. Teraz wiem, dlaczego nie miałaś szans na finał. Ognista pięść.
- Strzel nicią.

          Teddiursa wylądował na ziemi i biegł z wystawioną przed siebie pięścią, pokrył się prawie cały ogniem i spalał każdą nic na ziemi. Strzał Metapoda nic nie dał. Alice nie spodziewała się takiej siły. W końcu Metapod otrzymał cios, który jak się okazało był super efektywny.

           Ku zaskoczeniu wszystkich zielony pancerz popękał, a z jego wnętrza wydobył się biały blask. Ku górze zaczął unosić się promyk, który zaczął formować swój kształt. Po chwili dziewczyna dostrzegła fioletowego motyla, który wesoło trzepotał skrzydłami.
- Czy to jest? – Alice na chwile zamarła obserwując proces ewolucji. Kyle nie czekał ani chwili, trzeba był zaktualizować dane.

Butterfree pokemon motyl, typu robak. Najwyższa forma ewolucyjna Caterpie. Występuje w lasach, żywi się nektarem kwiatów i sokami drzew, często żyje w symbiozie z innymi pokemonami robakami. Zazwyczaj przyjazny i wesoły jeśli chodzi o naturę. Większość pokemonów tego gatunku prowadzi nomadyczny tryb życia.

            May również zaniemówiła, po chwili jednak jej policzki przybrały purpurowego koloru, a jej oczy zapłonęły.
- Jakim sposobem ty masz Butterfree? – spytała niedowierzająco.
- Zazdrościsz? – przedrzeźniał Alice. – Coś czuję, że teraz się pobawimy. – Wyjęła pokedex i sprawdziła pewną rzecz, a mianowicie słyszała, że Butterfree w trakcie ewolucji uczy ataku konfuzji. Tak też pokedex potwierdził te informacje.
- Myślisz, że damy się zastraszyć, jestem nie tylko piękna, ale i mocna. Dobra Teddiursa słodki zapach, a potem uderz ją pięścią.
- Butterfree podmuch! – Pokemon niezgrabnie zaczął machać skrzydłami, wiatr nie był zbyt silny, ale udało się zmienić kierunek różowego pyłku, który otoczył Teddiursa. – Zawsze to coś – westchnęła niezadowolona. – Atakuj konfuzją!
- Nie! – krzyknęła May, której nie podobał się taki obieg sprawy. Teddiursa pojaśniał na niebiesko i szybko wylądował na konarze drzewa.

           Alice zdała sobie sprawę, że dwa nowe ataki nie są zbyt silne, no i nie może już liczyć na twardość i stalową obronę, którą umiał Metapod, lecz Butterfree raczej już nie pamiętał tego ataku.
- Strzał nicią.
- Prędkość. – Teddiursa pozbierał się natychmiastowo i wystrzelił złotymi gwiazdkami zatrzymując napływ nici. Koordynatorki stały naprzeciw siebie jeszcze bardziej zdeterminowane. May doskonale wiedziała, że jeden celny cios może wszystko załatwić.

            Kyle obserwował z boku ich zmagania i nie był tym ani trochę zadowolony. Nie znał się za szczególnie w walkach koordynatorskich i tak naprawdę miał do tego prawo, jednak zachowanie dziewczyn bardziej przypominało walkę trenerów niż pojedynek dwóch koordynatorek.
- Alice zacznij walczyć jak koordynatorka, na razie wykorzystujesz proste ataki, bez żadnych kombinacji. W tym momencie żadna z was nie pokazuje, żadnej sensownej strategii. Jest cios za cios. – wtrącił. Alice wzięła sobie jego uwagę do serca, jednakże po Butterfree nie wiedziała czego się spodziewać.
- Chłopcze nie wtrącaj się – skarciła go May. – Teddiursa, jeszcze raz tunel – nakazała a miś szybko zniknął pod ziemią.

            Alice przemyślała całą strategię. Faktycznie te same ruchy nic nie dadzą, a ona znowu wystrzeli jak rakieta, trzeba czegoś pomysłowego.
- Butterfree wystrzel nicią i wzmocnij atak konfuzją. – Liczyła na to, że podopieczna bez problemu zrozumie trenerkę. Oczywiście stworek radośnie uniósł się i wirując dookoła wypuściła jedwabiste nicie, które pokryły się niebieskim blaskiem.
- Naprawdę. – Roześmiała się rywalka. – Kończmy to, ognista pięść. – Teddiursa wynurzył się niczym rakieta i leciał w stronę Butterfree, nagle uderzyła go nić, która nie zapłonęła, ponieważ chroniona była przez psychiczną energię. Uderzenie strąciło pokemona, który padł na ziemie. – Co? – Seria uderzeń nićmi zadała poważne obrażenia stworkowi.
- Zakończ to podmuchem i uderzeniem. – Pokemon świetnie zrozumiał swoją trenerkę. Odwrócił się plecami do rywala i zatrzepotał skrzydłami. Siła podmuchu poniosła go.
- Teraz jest nasza szansa. Ognista pięść. – Zareagowała May. Pokemon pozbierał się, a jego pięść zaczęła pobierać coraz więcej energii, tuż przed zderzeniem zajaśniała.

            Przez chwilę kurz unosił się w powietrzu, na cale szczęście bardzo szybko opadł, a na ziemi leżały obydwa pokemony. Dziewczyny podbiegły do swoich podopiecznych. Alice uściskała swojego motyla.
- Byłaś niesamowita. Naprawdę Butterfree, teraz poćwiczymy i będziemy jeszcze lepsi. Świetnie się spisałaś – pochwaliła i po chwili zamknęła w pokeballu.
- Dałeś z siebie wszystko jestem z ciebie naprawdę dumna – powiedziała do swojego pokemona misia i wzięła go na ręce. Popatrzyła w stronę swojej rywalki.
- Chyba mamy remis – przyznała niechętnie.
- Chyba tak.
- Nie będziecie dalej walczyć prawda?- zapytał Kyle.
- Nie – odpowiedziała May. – A może wymiana. Mam pięć pokemonów, może oddam Ci jednego w zamian do Butterfree? – zaproponowała. Alice na chwile zamarła.
- Przykro mi, ale nie ma mowy – odparła pewnie. Naprawdę pokochała swoją podopieczną. Nie mogłaby się rozstać po tylu spędzonych chwilach.
- Proszę, błagam, miej litość – zaczęła szlochać. – Królowa taka jak ja potrzebuje, tak pięknego pokemona.
- Nie ma mowy. Idź i złap sobie Butterfree, albo Caterpie. – Na dźwięk drugiego pokemona blond włosa dziewczyna, aż wzdrygnęła. Wstała, poprawiła swoje ubranie.
- Nie, to nie. Prosić się nie będę, następnym razem nie będzie żadnych forów.
- Forów? Jakbym ćwiczyła tego Butterfree nie miałabyś szans – rzuciła pewnie siebie. Nie zamierzała odpuścić pustej trenerce.
- Moja droga, ile masz wstążek?
- Eh, no zero – przyznała niechętnie, starając się mówić jak najciszej.
- A no właśnie. Ja mam już dwie. Zdajesz sobie sprawę, że za siedem miesięcy wielki finał. A minęło cie już piętnaście pokazów, spośród stu?
- No i co z tego i tak dam sobie radę. – Uśmiechnęła się, nie dając po sobie poznać strachu.
- Powodzenia – odparła starając się wciąż zdusić w niej ducha walki.

            Kyle wciąż przyglądał się całej sytuacji. Chciał coś powiedzieć, żeby pocieszyć Alice, wiedział że dziewczyna może i zniosła jakoś fakt odpadnięcia w półfinałach, ale teraz przegrała z tą tlenioną blondynką. No może nie przegrała, lecz została upokorzona.
- Alice, może my już ruszymy w dalszą podróż? – spytał starając się zmienić temat.
- Myślę, że to dobry pomysł. Ta tleniona blondynka marnuje mój czas – wycedziła perfidnie, czując w środku satysfakcję jak uderzyła w słaby punkt dziewczyny.
- To, że jestem ładniejsza. – Nie skończyła jednak, gdyż w powietrze wyskoczył Poliwag uderzając ogonem obie rywalki. – Ty mały! – Dziewczyna zirytowała się i zaczęła biec za małym niebieskim pokemonem. Kyle zaczął się śmiać, jednak szybko przestał, gdy jego pokemon schował się za jego stopami, a dziewczyna wpadła na niego. – Z bliska wyglądasz jeszcze lepiej – wymamrotała. Kyle przełknął jedynie ślinę, a jego źrenice rozszerzyły się znacząco, spojrzał w jej oczy i zamarł.
- Dziękuję – odpowiedział, nie mając odwagi jej z siebie zepchnąć. Dziewczyna zbliżyła się do niego.
- O nie! Za żadne skarby! – Wkroczyła Alice, łapiąc May za blond włosy i stawiając do pionu.
- Nie ciągnij mnie za włosy! – krzyknęła i złapała ją również za końcówki.
- Nie doczekanie twoje! – Wtedy dziewczyny zaczęły okładać się rękoma. Jedna i druga wachlowała przed siebie nimi.
- Spokojnie. – Starał się uspokoić Kyle. Popełnił zasadniczy błąd. Wszedł pomiędzy nie i otrzymał siarczysty policzek. Dziewczyny oczywiście nie zwróciły na niego uwagi i dalej zaczęły swoją kłótnie. – Kobiety – wymamrotał, wciąż przytrzymując swój policzek.

            Dziewczyny po chwili przestały. Spojrzały się na siebie, rzuciły jeszcze po jednym niemiłym słówko i ogarnęły swój wygląd.
- Żegnam was, mam nadzieję, że nie zwariujesz z tą jędzą – rzuciła May nie dając za wygraną.
- Mogę być jędzą, tleniony półgłówku. Żegnaj! – dddała Alice, która nie potrafiła zrezygnować.
- Miło było Cię poznać – rzucił Kyle starając zachować się odpowiednio, chociaż w środku czuł się bardzo niekomfortowo, to jednak musiał zachować się dobrze.

            May szybko się oddaliła, a Alice wciąż pałała gniewem. Kyle postanowił się tym nie zajmować, wolał poczekać, aż dziewczyna sama otworzy się na niego i opowie mu o swoich problemach, nie chciał znowu opowiedzieć czegoś niewłaściwego, właściwie był już taki tym sfrustrowany, że obserwacja była najlepszym wyjściem. Szli w milczeniu przez dobre dwie godziny, gdzie zawsze o czymś debatują.
- Przepraszam – wyrwało się nagle Alice. Dziewczyna miała już dość milczenia.
- Rozumiem, znaczy nie rozumiem. Ale chyba takie są już dziewczyny. Zawsze będą się o coś bić. Z drugiej strony, to ona przesadziła. Sama cie prowokowała, nie dziwię się. - odparł, starając się przy tym dać maksymalną ilość wsparcia.
- Jestem ostatnio zbyt emocjonalna. Naprawdę czuję się szczęśliwa, że jesteśmy w tej podróży.
- Zdaje sobie z tego sprawę. Sam się tak czuję – odparł, obdarzając dziewczynę swoim uśmiechem. Alice od razu poczuła wewnątrz ciepło.
- Uwierz mi, że nie – odpowiedziała tajemniczo. Zastanawiała się w ogóle po co to powiedziała, czyżby miała ochotę się wkopać się w jeszcze większe problemy.

            Kyle tego nie skomentował, liczył że to jej kobiece dąsanie. Myślał, że powinien po prostu przemilczeć całą sytuację i dać się jej ułożyć. Alice nie czuła się jednak komfortowo w zaistniałej sytuacji. Zaczęła myśleć, że jest ona obojętna chłopakowi, sama nie do końca rozumiała czy to dobrze, czy źle, że w ogóle napomniała o tym temacie. Z drugiej strony tak naprawdę żadne nie wiedziało, o co chodzi drugiemu.
- Przepraszam, czasem chyba tracę głowę – przyznała, tak naprawdę ani przez chwilę tak nie myślała. Chciała po prostu zdobyć trochę więcej informacji.
- Nic się nie stało, nie uważam tak. Miałaś prawo być rozgniewana. O tym, że nie czujesz takiego samego szczęścia z tej podróży jak ja, chodziło o coś? Czy tak powiedziałaś pod wpływem chwili. – Dziewczyna w tym momencie zdrętwiała. To mogła być jej chwila, albo mogła dalej po prostu go zwodzić.
- Powiedzmy, że mam swoje powody, by się cieszyć – odparła wymijając się od jednoznacznej odpowiedzi.
- To dobrze. Ja cieszę się, że razem wybraliśmy się w tę podróż. Twoje towarzystwo wiele dla mnie znaczy – wyjawił nieopatrznie, przyglądając się dziewczynie, która w tym momencie po prostu stanęła.
- Czuję podobnie. – odpowiedziała instynktownie. Coś w jej głowie kazało się zatrzymać, że to jeszcze nie pora i czas.

            Kyle po południu zaczął swój trening wraz ze swoją trójką podopiecznych, a Alice pielęgnowała swoje pokemony. Sama też przymierzała się do małego treningu i może opracowania nowej strategii. Błogi spokój przerwał dźwięk lecącego różowego Butterfree. Alice zachwyciła się nim, lecz po chwili zrzedła jej mina.
- Patrz co upolowałam. Mam najsłodszego Butterfree. – Uśmiechnęła się dumnie blondynka, stojąc tuż za swoim majestatycznym motyle.
- Serio? Znowu ty?- jęknęła niepocieszona Alice. – Mogłabyś dać sobie spokój.
- Musiałam zobaczyć twoją minę. Zachwycałaś się – odpowiedziała szczerząc zęby.
- Bo jest piękny, ale teraz jest mi przykro, że się tak zmarnuje.
- Dziewczyny dosyć już! – Warknął Kyle, tym razem nie miał ochoty nasłuchiwać tej banalnej kłótni, właściwie o nic.
- Przystojniaku daj sobie spokój – odparła May puszczając do niego oczko.
- Jesteś nienormalna, niemoralna i ogólnie śmieciem jesteś! – mówiła nieskładnie. Miała ochotę w tym momencie stoczyć z nią kolejną walkę na wyrywanie włosów.
- Wciąż mam klasę.
- Królowe balu, dajcie spokój. Rozumiem tą całą sytuację. Znaczy co ja mówię, nie rozumiem i nie chcę zrozumieć. May przestań być taka nachalna, jesteś ładna, ale przepraszam tracisz zdecydowanie charakterem. A ty Alice przestań dawać się tak prowokować, czy ty z każdym musisz wejść w konflikt? – spytał się dziewczyn. W oczach Alice stanęły łzy. May puściła uwagę mimo uszu.
- No nic uciekam. Prawdziwa królowa, zasługuje na tak wspaniałego Butterfree. Żegnam was. – Odpowiedziała nie ukrywając poczucia wyższości.

            Alice nie wytrzymała tego i zaczęła biec przed siebie. Kyle nie do końca wiedział o co chodzi, lecz ruszył za nią mimo to. Chciał w tym momencie coś zrobić, żeby odmienić całą sytuację, ale szczerze powiedziawszy nie bardzo wiedział co się wydarzyło dzisiejszego dnia.
- Zaczekaj! – zawołał biegnąc za nią. Dziewczyna jednak ani na moment nie zwolniła. Wtedy on przyspieszył.

            Wreszcie udało mu się zmniejszyć dystans i złapał ją. Oboje upadli na ziemie. Alice wolałaby teraz znaleźć się pod nią.
- O co chodzi? – spytał zatroskany. Ona jedynie spojrzała w jego błękitne oczy i nie wydukała ani jednego słowa. – Alice znam cię nie od dzisiaj. Co się dzieje, co jest nie tak?
- Nie chcę o tym mówić. Ona była niemiła – udzieliła mu odpowiedzi, która miała wyminąć prawdziwy temat.
- Już jest dobrze, chociaż dziwi mnie, że tak reagujesz. – Otrzepał się i wstał, potem podał jej dłoń, a ona równie szybko wstała. Uśmiechnęli się do siebie, chociaż uśmiech Alice był bardzo udawany. Naprawdę miała ochotę rzucić się mu na szyje i wszystko powiedzieć. Wciąż jednak coś nie dawało jej spokoju. Miała silne przeczucie, że nawet jeśli powie co czuje, to nikomu nie pomoże. Wręcz przeciwnie.

            Kyle i Alice dali sobie spokój z dalszą podróżą. Rozpalili ognisko, znaleźli trochę jagód, ugotowali mały posiłek i zrobili smakołyki dla swoich podopiecznych. Potem spędzili razem wieczór przy ognisku. Wesoło się śmiali, wspominali dawne czasy. Kyle nie umiał tego wytłumaczyć, ale czuł, jakby w jego głowie zaczęło się jakieś odliczanie. Jakby wszystko co znał miało ulec zmianie. Widząc jednak wesołą Alice nie potrafił odnaleźć zagrożenia, a czuł, że siedzi ono w nim. 
______
Od autora:
Cześć!
Dziękuję za komentarze, motywują mnie do dalszego tworzenia, a ostatnio mam zastój. Czas się trochę przyłożyć. ciągle stoję na ósmym rozdziale. Właściwie skończony, ale. Myślę, że zrobię świąteczny prezent i post pojawi się w niedziele, albo poniedziałek ;)

Wszystkim życzę wesołych świąt!

P.S. dzisiaj brak obrazków, bo nie mogę załadować strony, naprawię to ;)

VI. Dancing flower vs spicy flower!

VI. Dancing flower vs spicy flower!

            Dla Alice wreszcie nadszedł dzień próby, do którego przygotowywała się dość solidnie. Ostatnie dwa dni były naprawdę intensywne, zaczynała trening od siódmej rano, a kończyła koło ósmej wieczorem, kiedy Kyle i Brad namawiali ją do odpoczynku. Dzisiaj miał odbyć się jej wielki debiut. Miała opracowaną strategie, miała przygotowany strój i była gotowa na wszystko. A przynajmniej tak się jej wydawało.

            Kyle jeszcze smacznie drzemał, dlatego Alice starała się poruszać jak najciszej tylko potrafiła. Wreszcie kiedy zeszła z piętrowego łóżka, stanęła tuż przed swoją piękną błękitną satynową suknią, która w pasie miała czarną wstążkę, zawiązaną na kokardę z malachitem na środku wiązania.

            Sukienką tą otrzymała od mamy na swoje osiemnaste urodziny. Jej mama od dawna przygotowała ją właśnie na ten dzień. Alice odpowiadał ten doping. W końcu sama układała tak wszystko w swoim życiu, aby tutaj być.            

            Koordynatorka spojrzała na zegarek, była chwila po siódmej. Wstała zgodnie z planem, teraz wystarczyła jej godzina aby wyszykować się na dzisiejszą uroczystość. Fakt, pokazy zaczynały się o dwunastej, ale wciąż pozostawała kwestia zapisania się, odebrania pokemonów z centrum pokemon i co najważniejsze odpowiedniego przygotowania psychicznego. Dlatego chciała jak najszybciej być gotowa.

            Zaczęła oczywiście od prysznica, a następnie ubrała się, potem kolejne pół godziny spędziła przed lustrem, dobierając odpowiednią kombinację fryzury i makijażu.Wyglądała olśniewająco. Długie proste włosy z niebieską, wpiętą  kokardą, od której ciągnęły się niebieskie świderki, komponujące się jej z blond ciemnymi włosami. Cerę miała prawie w całości naturalną, bez większego makijażu, choć była delikatnie różowa, do tego delikatna szminka. A niebieska sukienka idealnie opinała jej szczupłe ciało, całość kończyła się na czarnych szpilkach.

            Dziewczyna z gracją opuściła centrum pokemon tuż po odebraniu pokemonów, a następnie 
skierowała się w stronę miejsca pokazów. Przemierzała polną uliczkę, mijając drewniane, porośnięte bluszczem domy. Przed nią wznosił się olbrzymi biało zielony namiot, zupełnie taki jak rozstawia cyrk. Przed wejściem widniał duży, złoty napis „Contest Floruse”.

            Kyle odsypiał ostatnie treningi. Nawet nie zauważył, że jego przyjaciółka już się wymknęła. Przewracała się właśnie na lewy bok, kiedy coś go szturchnęło w plecy.
- Kyle, wstawaj! – krzyknął Brad do ucha koledze, który leżał na dolnym łóżku. Kyle obudził się błyskawicznie, chciał sprawdzić co się stało i kiedy obracał się gwałtownie, to wypadł za ramy łóżka i spadł tuż przed stopy znajomego. – Ładne bokserki – zaśmiał się Brad, widząc czerwone bokserki z żółtymi Psyduckami.
- Nie można zapukać? – spytał zdenerwowany trener powoli zbierając się.
- Nie ma czasu, poza tym i tak byś nie usłyszał, zbliża się południe za niedługo Alice startuje – wytłumaczył pokazując na zegarek. Kyle wytrzepał się z kurzu, wyprostował się i stanął przed nim dumnie. Starał się udawać, że nic się nie wydarzyło.
- Spokojnie, zaraz będę gotowy – uspokoił, starając się przy tym wyglądać jak najbardziej poważnie, chociaż miał ochotę skrzywić się z bólu, który odczuwał na łopatce.
- No ja myślę – skwitował Brad. Chłopak naprawdę nie lubił marnować czasu, przeszłe wydarzenia nauczyły go, że jeżeli nie wykorzysta w pełni każdej sekundy, to będzie tego żałował.

            Brad zszedł do holu, który był już prawie pusty. W zastępstwie siostry Joy w recepcji siedziała jakaś kobieta, która miała tylko wydawać pokemony trenerom, po uprzedniej legitymacji. Siostra Joy była już na pokazach i szykowała się do roli sędzi.

            Kyle zszedł po piętnastu minutach, wciąż rozmasowywał sobie prawie ramie, na które spadł. Oczywiście, gdy tylko zobaczył swojego znajomego, to wyprostował swoją pozycję i udawał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Wreszcie! – ucieszył się na widok znajomego.
- Zdążyłbym i tak – jęknął niepocieszony Kyle.
- Za pewne tak. Swoją drogą, to nie czujesz, że marnujesz trochę czas?- zapytał z ciekawością towarzysza.
- Co masz na myśli Brad?- zdziwił się Kyle. Nie rozumiał kontekstu pytania.
- Wiesz, w Floruse Village trochę posiedzieliście, prawie tydzień. Jesteście nawet nie w połowie drogi do Goldenrod City, a to dopiero pierwsza odznaka. – wytłumaczył.
- Wiem, martwię się tym, ale cóż później się jakoś nadrobi. Nie mogłem Alice zabronić wystartować w tym konkursie. Poza tym nie zmarnowałem tego czasu. Spójrz mam trzy pokemony, nauczyłem Poliwaga nowych ataków, trochę potrenowałem. Naprawdę nie zmarnowałem tego czasu – odpowiedział optymistycznie.
- Cieszę się, ja strasznie rozwlekałem wszystko rok temu. Widzę, że ty masz zdrowe podejście – pochwalił swojego znajomego.

            Chłopcy wreszcie dotarli na miejsce, gdzie odbywały się pokazy. W tym czasie Alice nerwowo zaciskała pięści i starała się jak najmniej trząść, jednak to było silniejsze od niej. Po chwili na jej czole pojawiła się kropelka potu, którą szybko przetarła zewnętrzną stroną dłoni. Uśmiechnęła się i wzięła kilka głębokich oddechów. Siedziała pośród kilkunastu koordynatorów, ubranych w garnitury, stroje matadorów, balowe suknie, a nawet pojawiały się stroje arystokratów.

            Na ekranie znajdującym się tuż nad przejściem do areny pokazowej, ukazała się postać Julie. Była to prezenterka pokazów z regionu Johto. Miała jasne, blond włosy, lekko falowane, aż do ramion. Zazwyczaj miała mocno czerwone usta i mocno podkreślone oczy, z ciemnym podkładem. Przy tym świetnie podkreślała błękitne oczy, które przypominały lagunę. Była nie wysoka, o radosnej twarzy. Ubrana w słodką kwiecistą sukienkę i wrzosowe baleriny.
- Witam wszystkich! Dzisiaj odbędzie się kolejny konkurs pokazowy. Tym razem mamy zaszczyt gościć w Floruse Village. Dzisiaj wśród jury zasiadają. Pan Martinson, burmistrz miasteczka. Siostra Joy z Floruse Village i Angelo gwiazda pokazów w regionie Johto. Powitajmy ich brawami. – Jury powstało, po czym otrzymało głośne oklaski. – Powitajmy także koordynatorów, walczących o wstążkę, a także witam was moja droga publiczności.

            Alice czuła, że coraz ciężej jest jej oddychać, tym razem nie była w stanie się uspokoić. Po chwili na ekranie została wyświetlona publiczność. Alice zobaczyła Kyle i Brada. Jej oddech zwolnił, a rozszerzone źrenice, znowu przybrały swój naturalny kształt.
- Na początek zapraszamy May Anme, jest to jej drugi konkurs, pochodzi z Blackthorn City. Czyżby miała w zanadrzu jakiegoś smoka tym razem? – Julie przedstawiła wchodzącą na scenę dziewczynę.

            May była młoda, miała około szesnastu latu. Ubrana była w dużą bufiastą suknię niczym królewna, jej brunatne włosy spięte były w kucyk, niesiony nieznacznie na górę. Zawiązany on był przez różową wstążkę. Jej niebieskie oczy cieszyły się na widok owacji. Czuła, że dzisiaj się jej poszczęści.
- Idź Teddiurs. – Z czerwonego pokeballa wyszedł uroczy brązowy miś, który miał na głowie żółty księżyc. – A teraz słodki zapach i ognista pięść. – Pokemon najpierw wytworzył różowy pyłek, który się za nim ciągnął, potem zaczął biec, pozostawiając różową smugę. Wreszcie jego pięść pokryła się ogniem i wyskoczył w górę niczym super bohater ciągnąc za sobą różową smugę. Z gracją wylądował na scenie. – A teraz udawany płacz i urok. – Teddiursa zaczął płakać, wyglądał naprawdę rozczulająco, w połączeniu z urokiem sprawił, że na publiczności wszyscy zareagowali, jak na najsłodszą rzecz jaką kiedykolwiek widzieli.

            Dziewczyna po chwili się ukłoniła wraz ze swoim pokemonem, dając znak, że właśnie skończyła swój występ. Pierwszy miał wypowiedzieć się Angelo.
- Twój występ był dobry. Nie był bardzo dobry, ale był dobry. Pokazałaś piękno pokemona i jego atuty. Jak dla mnie zabrakło zdecydowanie pomysłowości i sztuki. Pokaz w stylu słodkiej dziewczyny – skrytykował.
- Twój pokemon wygląda świetnie. Pokaz był wyjątkowy i uroczy, uważam że był jednym z lepszych jakie widziałam. Łączył piękno pokemona z prostotą – oświadczyła siostra Joy, ostatni miał być pan Martinson.
- Słodki występ, słodkiej dziewczyny. Nic nadzwyczajnego – ujął zwięźle.

            W pokoju koordynatorski zabrzmiała cisza. Alice jak i inni koordynatorzy nie spodziewali się tak niepochlebnych komentarzy, po tak dobrym występie. Ten konkurs zapowiadał się naprawdę na wysokim poziomie.

            Następna uczestniczką była Caroline Mclone, dziewczyna, która wystartowała w turnieju trawiastych pokemonów. Tutaj świetnie zaprezentowała się ze swoją Tangelą, również komentarze jury były dość pochlebne, zdecydowanie najlepsze spośród tych, które słyszano.

            Minęło pół godziny i nadszedł czas Alice. Stała już w korytarzu, przed dużymi drewnianymi drzwiami. Ściskała w ręku swój pokeball i przeklinała w myślach strategię, którą wybrała. Wiedział, że nie ma szans przy tak wysokim poziomie.
- Następna uczestniczka, to debiutantka. Powitajmy Alice Grey z miasta Azalea Town – zapowiedziała. Alice wpadła uśmiechając się i delikatnie machając do publiczności, która standardowo powitała ją oklaskami. Wszystkie jej emocje czekały, aby wybuchnąć.
- Wybieram Cię Metapod. – Na środku sceny znalazł się zielony półksiężyc. Nagle publiczność zamilkła. Nigdy nie spodziewał się takiego wyboru. – Teraz strzał nicią, a potem stalowa ochrona. – Pokemon posłusznie wystrzelił wysoko fontannę utworzoną z jedwabnej nici, która zaraz pokryła ciało zielonego stworka. Następnie biały kokon zalśnił metalicznym blaskiem, by drobne nici rozerwały się na drobne części wystrzeliwując dookoła niczym białe, lśniące konfetti. – Kończymy to twardością i stalową obroną. – Metapod zalśnił najpierw na zielono, a potem pokrył się metalicznym połyskiem. Dziewczyna powoli się ukłoniła, a publiczność biła jej aplauz za pomysłowy występ.

            Pierwszy do głosu zabrał się oczywiście Angelo, który ze znudzonego artysty, stał się ożywionym trenerem.
- To było coś. Bardzo pomysłowy występ. Wykorzystałaś tak prostego pokemona, o tak małej ilości ruchów i stworzyłaś z tego dzieło. To był bardzo dobry występ, właśnie o to mi chodziło – powiedział z entuzjazmem.
- Niesamowite. Twój Metapod jest piękny, a ty wydobyłaś z niego to co najlepsze – pochwaliła siostra Joy.
- Muszę przyznać, że jak na blondynkę wydajesz się być całkiem pojętna. Pokaz o ile był nudny, o tyle zasługuje na pochwałę – skomentował chłodno pan Martinson. Wciąż nie pałał szczerą nienawiścią do Alice.

            Dziewczyna zeszła ze sceny zadowolona z siebie. Nie spodziewała się, że ta ryzykowna kombinacja da jej tak pozytywne recenzje. Czuła, że dostała jedna z lepszych, o ile nie najlepszych komentarzy. Mogła się porównać ze wspaniałą Caroline.

            Dla Alice był to już udany debiut, chociaż marzyło jej się wziąć udział w finale. Teraz jednak musiała poczekać, aż sędziowie zagłosują, tym samym rozstrzygną kto przejdzie do drugiej rundy. Do drugiej rundy, a więc półfinału mogło zakwalifikować się tylko osiem osób. Osoby wybrane miały ze sobą stoczyć bitwy koordynatorskie, a więc takie, które ograniczone były czasowo(zazwyczaj pięć minut), a zwycięzcą był ten kto miał więcej punktów, które dostawało się za celny atak lub świetną kombinację, zaś za chybione uderzenie traciło się punkty.

            Wreszcie jury powróciło na swoje miejsca, a publiczność na chwilę ucichła. Wielki telebim wiszący nad boiskiem zmienił obraz. Zniknęła widniejąca wstążka, a pojawiło się puste żółte pole. Po chwili zaczęły pojawiać się fotografie szczęśliwców, zakwalifikowanych do następnej rudny. Oczywiście na pierwszym miejscu pojawiła się Caroline. Dziewczyna uśmiechnęła się i podskoczyła z radości. Następne cztery zdjęcia wciąż nie pokazywały Alice, która zaczęła nerwowo ściskać swój pokeball.

            Na szczęście szósta pozycja była jej. Pojawienie jej fotografii ucieszyło Kyle’a i Brada, którzy siedzieli na trybunach. Cieszyli się szczerze sukcesem swojej przyjaciółki. Dziewczyna tylko odetchnęła z ulgą, teraz stawka wzrosła, kolejny etap, to kolejne wyzwanie, którego zamierzała się podjąć.

            Tymczasem Kyle zastanawiał się czy jemu tak dobrze pójdzie w pierwszej Sali. Dziewczyna zrobiła naprawdę milowy krok, dzięki małej lekcji od Bugsy’ego. Kyle co prawda ostatnio wkładał całe swoje serce w treningi, no i jego zespół był całkiem dobry. Ambitny Poliwag, który mimo małego doświadczenia nadrabiał zapałem. Waleczny Sunkern, który był zaprawiony w walce oraz silny Heracross, który nie miał zacięć w walce, ale dobrze sobie radził i posiadał wiele ciekawych umiejętności.
- Jest świetna. – Brad przerwał milczenie, widząc zmartwienie na twarzy towarzysza.
- Tak, na pewno da radę w następnej rundzie – dodał Kyle, starając się skupić na tym co się dzieje.
- Właściwie dlaczego nie wrócisz do Azalea po odznakę? – spytał zaintrygowany.
- Nie wiem, po prostu kiedy stawiam cel, to się go trzymam, nawet jeśli poprzeczka ustawiona jest bardzo wysoko – odpowiedział. Często to go męczyło, ustawianie wysokiej poprzeczki i trzymanie się tego na siłę. Ciężko było mu się przyznać do porażki i po prostu odpuścić.
- Pamiętaj, że w podróży liczą się tylko dobre decyzje, nie zawsze liczy się honor. Wiadomo trzeba dać z siebie wszystko, lecz czasem trzeba po prostu odpuścić i zająć się czymś.
- Wiem, wiem -  nie dał dokończyć Kyle. Naprawdę nie miał ochoty tego słuchać, w szczególności, że przerażała go myśl. Czy mógł stracić swoje marzenie przez nadmierną ambicję?

            Na arenie pojawiła się Caroline i jakiś niebiesko włosy chłopak w garniturze. Pojedynek nie potrwał szybko, dziewczyna zaskakująco szybko wyzerowała punkty rywala, dostając się tym samym do półfinału. Alice w swoim pierwszym pojedynku też dała radę. W następnej rundzie miała zmierzyć się właśnie z Caroline. Marzyła się jej pierwsza wstążka, jednakże nie miała większych szans z doświadczoną koordynatorką. Traktowała ten pojedynek bardziej jako kolejną lekcję w drodze po sukces.

            Stanęła naprzeciwko siebie. Caroline z pięknymi długimi kruczymi włosami i jasną sukienką z czarnym paskiem po środku, którego był tęczowy kwiatek. Miała olśniewająco piękne malachitowe oczy, drobna o porcelanowej twarzy, niczym księżniczka z bajek. Prawdziwy ideał. Alice przestała odczuwać stres, zamierzała dać z siebie wszystko. Miała godnego przeciwnika, a poza tym była dumna ze swoich możliwości. Spodziewała się po swojej rywalce pokemona typu trawiastego, a więc wystawienie Staryu nie wchodziło w grę.
- Zacznijmy pojedynek półfinałowy. Powitajmy Caroline Mclone zdobywczynie już trzech wstążek. Po przeciwnej stronie kreatywna debiutantka Alice Grey – przedstawiła wesoło Julie.
- Wybieram cie Vileplume! – zaczęła Caroline. Jej pokemon jak zwykle prezentował się olśniewająco. Piękne czerwone płatki wydawały się wręcz błyszczeć od pyłku, który wydzielała.
- Cóż za zadbany pokemon – skomentowała Julie.
- Pędź Bellossom. – Pokemon tancerka wystrzeliła z czerwonego promienia i zaprezentowała się piruetem, który pokazał piękno jej liściastej sukienki.
- Cudowne. To będzie ciekawy pojedynek ewolucji Glooma – ucieszyła się Julie na ten widok, równie publiczność się ożywiła.

            Caroline uśmiechnęła się, jakby czuła się wygrana. Mina Alice zrzedła, czyżby zrobiła coś źle, przecież jej pokemon miał prawie równe szanse.
- Naprawdę trawiasty przeciwko trawiasto-trującemu? – zapytała nie kryjąc sarkazmu. – Dobra nauczymy cie jak walczyć.
- Mam kilka asów w rękawie.
- Jesteś debiutantką, niczym mnie nie zaskoczysz – odpowiedziała pewnie. W Alice coś się zagotowało, teraz tu nie chodziło o zwycięstwo, to była już walka o honor.
- Dobra koniec tego miłego. Vileplume słoneczny dzień i taniec płatków. – Po chwili z środka czerwonego kwiatu wystrzeliła jasna kula, która znosząc się pozostawiała kwiatową smugę, która przerodziła się w sztorm lecący w stronę Bellossoma.
- Bellossom, pokaż jej taniec liści. – Alice stworzyła tę kombinację, aby pokazać piękno ruchów wirującej Bellossom i siłę magicznych liści, która pozostawiały piękną zieloną smugę. Oczywiście po tańcu kwiatów nie pozostało nic, a Vileplume miał spore problemy.
- Straszne – zaśmiała się dziewczyna. – Vileplume słoneczny promień. – Kwiat zjaśniał na żółto i po chwili biała strużka światła rozbiła wszystkie liście.
- Bellossom unik. – Stworek uskoczył w ostatniej chwili, jednak nie udało się jej z gracją wylądować.
- Hiper promień! – nakazała, a po chwilę pomarańczowy promień mknął w stronę Bellossoma. Pokemon padł, a Alice straciła już połowę swoich punktów. Chociaż Caroline też straciła co nieco ze swojej puli.
- Bellossom, proszę wstań – wyjąkała. To była jej moment, bo za chwilę Vileplume miał odzyskać swoje siły i zaatakować kolejną serią. Alice musiała być teraz efektywna, bo przewaga punktowa była znaczna. Pokemon z trudem wstał. – Słodki pyłek. – Bellossom zaczął tańczyć niczym hawajskie tancerki, a wokół niej pojawił się różowy proszek, który popędził w stronę Vileplume. To bardzo go rozproszyło, dlatego że poczuła się przyjemnie.
- Vileplume, kończymy z tą amatorszczyzną. Trujący proszek, a potem nasienny pocisk. – Pokemonowi trudno było się skupić na wykonaniu ataku i robił to z nieznacznym opóźnieniem.
- Bellossom taniec liści, a potem cięcie.

            Fioletowy, połyskujący proszek już ruszył w stronę Bellossom, która otoczyła się tornadem magicznych liści. Nasienne pociski, uderzyły w fioletową chmurę, pochłaniając jej zawartość i zmieniając barwę na fioletową. Uderzenie nie było skuteczne, bo każde rozbijało się o czarne listki. Następnie Bellossom rozszerzył tornado, uderzając Vileplume. Po czym stworek z gracją skoczył, a jej suknia zalśniła na biało i się uniosła, a sam pokemon wprawił się w ruch obrotowy. Cięcie było ciosem typu normalnego, więc Caroline straciła nieco więcej punktów.
- To Ci nic nie da – skomentowała Caroline. – Dobra jeszcze raz nasienny pocisk z usypiającym proszkiem. – Tym razem Vileplume wyprowadził szybko atak. Nasienny pocisk pokrył się zielonym pyłem i kilka uderzeń trafiło w Bellossoma, który co prawda nie usnął, lecz widać było po nim delikatne otępienie.
- Bellosom szybko tornado liści. – Pokemona powtórzył atak, dzięki temu Alice miała pewność, że Vileplume nie zada bezpośredniego ciosu, co dawało jej chwilę na jakąś strategię.
- Dziewczyno, czy ty w ogóle myślisz? – Zapytała.
- Tak, nie widać? – odpowiedziała dumnie. Caroline nie chciała się wdawać w dyskusję, wolała zaprezentować wszystko w praktyce.
- Hiperpromień, teraz – nakazała. Pomarańczowy promień bez trudu rozbił ochronę magicznych liści. Uderzenie było celne, dlatego, że Bellosom nie był w stanie uniknąć ataku. Wciąż pozostawał pod wpływem usypiającego proszku.

            Przez chwilę pole pokrył kurz. Bellosom zniknął z pola widzenia. Caroline stała spokojnie, czekając na koniec, a Alice zaciskała pięść, wyczekując na moment, kiedy wszystko będzie jasne. Już po chwili pył zniknął, a oczom koordynatorek ukazał się leżący pokemon. Nagle rozbrzmiał dziwny dźwięk, a na pulpitach sędziów pojawiły się krzyżyki.
- Co za nieszczęście. Bellossom znokautowany. Cóż za wspaniały mecz, co prawda skończony przed czasem, ale jednak to było jedno z lepszych widowisk – skomentowała Julie.

            Alice podeszła do swojego pokemona wzięła go na ręce i przytuliła. Musiała iść teraz do centrum pokemon. Bellossom naprawdę mocno oberwał. Z drugiej strony stała Caroline uśmiechająca się i machająca dłonią do publiczności. Alice podeszła do niej, chociaż nie miała na to ochoty postanowiła jej pogratulować.
- Gratuluję, to był świetny mecz – powiedziała podając dłoń. Caroline spojrzała się na nią ze zdziwieniem, lecz po chwili się uśmiechnęła.
- Dziękuję, muszę przyznać masz talent, jednak jesteś tylko debiutantką, będzie dobrze. – odpowiedziała. Alice na chwilę zamarła, nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że dostanie jakąś odpowiedź, od której będzie miała się ochotę zabić. – Przepraszam, że na polu jestem taka zimna, ale tam obowiązuje sto procent skupienia. Musisz być twardą, bo inaczej cie zniszczą – wytłumaczyła.
- Jestem pod wrażeniem. Naprawdę jesteś wyjątkowa – pochwaliła Alice, która była zapatrzona w swoją rywalkę, kiedyś też taka chciałaby być. Dostała może i wycisk, ale był jej on potrzebny.

            Alice poszła do centrum pokemon. Kyle wstał trybunów i już miał iść, na szczęście Brad go zatrzymał.
- To nie ma sensu, ona teraz musi pomyśleć, podejrzewam, że i tak jest z siebie dumna. To był najlepszy mecz dzisiejszego dnia. – Brad doskonale wiedział jak to jest przegrać. Czasami trzeba po prostu siąść w samotności i pomyśleć, żeby nabrać od nowa siły.
- Znam ją lepiej. – Uparł się Kyle.
- Ona potrzebuje teraz pomyśleć, wcale jej nie pomożesz idąc tam. Musi zrozumieć co było nie tak. A poza tym mógłbyś obejrzeć finał, zawsze się czegoś nowego może nauczysz.
- W pokazach koordynatorskich?
- Tak. To jest jak mecz o odznakę. Musisz obrać dobrą strategię i współpracować ze swoim pokemonem. Niektóre kombinacje, sekwencje są pomocne – wytłumaczył Brad, sam podchodził do tego jak Kyle. Przez ten rok nauczył się wiele, zawsze uważał że porażki uczą najwięcej.

            W finale oczywiście spotkała się Caroline i Vileplume, kontra May Anme, która zamiast swojego słodkiego pokemonowego misia, wystawiła tym razem różowego stworka. Był nim Wigglytuff. Pojedynek nie trwał krótko, po serii pomysłowych kombinacji, ostateczny cios Caroline zadecydował o jej zwycięstwie. Zresztą dla nikogo nie było to szokiem. Sama Caroline czuła, że cięższy miała mecz półfinałowy, niż finałowy. Odbierając wstążkę szukała Alice na trybunach, lecz nie mogła się jej dopatrzeć. Nie zdziwił ją ten fakt, sama pamięta swoje początki, kiedy to odniosła druzgoczącą klęskę nie łapiąc się nawet do drugiej rundy. Teraz dojrzała i zrozumiała wiele.

            Tymczasem Alice siedziała w centrum pokemon i czekała na swojego stworka. Wpatrywała się w dwa pokeballe i zastanawiała się co będzie teraz.
- Coś się stało? – zapytała siostra Joy, która dopiero co wróciła z pokazów.
- Sama nie wiem –westchnęła. – Powinnam być szczęśliwa. Wystartowałam, przeszedłem do drugiej rundy, nawet dostałam się do półfinału i przegrałam z dzisiejszym zwycięzcą, więc porażka nie była taka zła – tłumaczyła, szukając sensu pochmurnego humoru.
- Porażka, to porażka, nie ważne na jak wysokim etapie – odpowiedziała różowo włosa kobieta. – Widzisz gdybyś wygrała cieszyłabyś się chwilę i koniec. Poczułabyś satysfakcję, a jutro wyznaczyłabyś sobie kolejny cel. Ty niestety przegrałaś. To normalne, że się tak czujesz włożyłaś w to serce i przez chwilę poczułaś, że jesteś naprawdę dobra. Ale się nie udało i zabolało. To co czujesz jest zupełnie normalne. Tylko zobacz na jedno, twój mecz był jednym z lepszych dzisiaj, było co oglądać, nawet finał nie był taki ekscytujący. Ty zadręczasz się tym, że nie jesteś wystarczająco dobra. Tym razem to był twój debiut i nikt nie spodziewał się tak dobrego wyniku, a że byli lepsi to już inna sprawa. Wiedz, że zawsze się znajdą, nigdy nie będziesz najwyżej i najniżej. Porażki nas czegoś uczą i motywują. Życie niestety nie jest usłane płatkami róż i to dzięki temu potrafisz walczyć o następny dzień. Pamiętaj, że to dopiero początek – rozgadała się siostra Joy, naprawdę przyglądała się dziewczynie i była z niej dumna. Wykazała się pomysłowością i talentem.
- Chyba masz rację. – Wycedziła niepewnie.

            Drzwi centrum pokemon otworzyły się i po chwili Brad i Kyle wparowali w pośpiechu do pomieszczenia.
- Super występ! – wypalił Brad, licząc na uścisk.
- Lizus – warknął Kyle.
- Dzięki, fajnie że mnie wspieraliście – odparła Alice chowając swoje pokeballe.
- Dla ciebie wszystko. – Brad uśmiechnął się łobuzersko patrząc się na dziewczynę.
- Nie ma to jak amant drugiej kategorii – jękną Kyle.
- Sam jesteś drugiej kategorii.
- Ja? Niby w czym? – zapytał licząc, że nie nastąpi kontra.
- Właściwie, to we wszystkim. – Wypalił.
- O naprawdę, i dlatego ci dokopałem ostatnio?

            Poliwag nie mógł już naprawdę tego nasłuchiwać, więc postanowił wkroczyć do akcji. Podskoczył na swoich niebieski nóżkach i wymierzył trenerom siarczysty policzek.
- Znowu? – Alice spojrzała się na małego rozjemcę.
- Poliwag, nie wolna ci tego robić – skarcił Kyle. Siostra Joy uważnie przyjrzała się całej sytuacji i po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Twój pokemon nie lubi kłótni. Być może przeżył jakąś traumę – próbowała to jakoś wyjaśnić.
- Albo chce im wybić głupotę – dodała Alice, po czym została zgromiona spojrzeniami chłopaków. – No co? Tak tylko sobie gdybam.
- Swoją drogą musimy się zmywać. Goldenrod City jest naprawdę daleko, a ja mam niecały rok, żeby zakwalifikować się do Ligii. – Kyle zmienił temat. Brad popatrzył się na niego ze zmartwieniem. Zdawał sobie sprawę, że czasu jest mało, ale nie miał ochoty mówić to znajomemu, który i tak pewnie był świadom swojego położenia.
- No tak, teraz czas na odznakę. – Alice musiała teraz iść na kompromis, chociaż w sumie i tak nie wiedziała, gdzie w okolicy będzie następny poke konkurs.
- Właściwie to możecie połączyć miłe z przyjemnym. Znam trasę, dzięki której dotrzecie do Goldenrod w przeciągu dwóch tygodni. Zaraz dam wam specjalną mapę. Myślę, że dacie sobie radę, a za niedługo będzie tam pokaz, chyba za niecałe trzy tygodnie. Mogłabyś skorzystać. Właściwie to oboje moglibyście załatwić swoje rzeczy w jednym czasie. – powiedziała siostra Joy.
- Byłoby świetnie – uradował się Kyle, jego przyjaciółka też podzielała jego entuzjazm.

            Tymczasem siostra Joy już poszła na zaplecze, a Vileplume przyniósł pokeball Alice, który od razu 
odebrała, była naprawdę szczęśliwa. Pozostawała tylko jeszcze jedna kwestia.
- Dokąd idziesz Brad? – spytał Kyle.
- Ja? – zdziwił się. – Muszę wybrać się do Violett City, a potem do Balckthorn. To są dwie odznaki, które chce zdobyć. Więc rozumiesz – odpowiedział.
- Czyli, że nie skusisz się na podróż z nami?
- Przykro mi, ale muszę odmówić, nie będę tracił czasu. Kolejnego roku nie mogę stracić. – wyjaśnił.


            Niedługo potem Brad wyruszył w swoją drogę. Alice i Kyle jeszcze odbyli szczerą rozmowę. Alice starała się uśmiechać. Właściwie to wychodziło jej to dość naturalnie, bo tak naprawdę nie musiała udawać. Kyle mimo to starał dobierać się odpowiednie słowa, aby nie urazić uczuć swojej przyjaciółki. Wreszcie po siódmej wieczorem postanowili, że opuszczą centrum pokemon. To był najlepszy moment, żeby udać się powrotem do lasu. Dla Kyle była to możliwość złapania nowego pokemona, które budzą się nocą. Tak więc zmotywowani i gotowi na kolejne wyzwania, ruszyli w dalszą podróż!
__________________
Od Autora:
Cześć! No i wróciliśmy do piątków. Mam nadzieję, że kolejny rozdział się podobał. Wciąż skupiam się trochę za bardzo na Alice, ale od ósmego rozdziału postaram się do zmienić(wciąż go piszę). Na chwile zniknął przemyślenia Kyle, żeby pojawiło się coś nowego od ósmego rozdziału. 

Jestem wam naprawdę wdzięczny za szczere opinie, pomoc w pisaniu. Myślę, że tak z roku i zacznę pisać jak człowiek :P. Czytałem ciekawy artykuł, że pisarze dzielą się na osoby, które potrafią tworzyć ciekawą akcję lub dobrze opisują sytuację. Chciałbym potrafić to drugie. Przyznaje szczerze, że nie jestem zbytnio zadowolony z moich opisów, ale biorąc pod uwagę, że pisze je ja, który tyle zwraca uwagi na szczegóły w otoczeniu co kot na marchewkę, to nie jest tak źle :P.

Ogólnie myślę i zmianie wyglądu i poprawieniu pierwszych rozdziałów. Co by to trochę lepiej wyglądało. Dziękuję Annetti za artykuł o dialogach. Przyznam miałem z tym problem. Nathaly też dzięki za wyłapanie błędów, w szczególności "pobekalle", nie powiem tez miałem ubaw.

Wreszcie na uczelni zaczął się zapiernicz, na całe szczęście, mimo wszystko postaram się być systematyczny. Na razie mam tylko jedną nockę zarwaną, ale koło zaliczone, opłacało się :D

A no i blog już ma pierwszy miesiąc. I jestem zadowolony. 400 wejść, pojawiło się kilka komentarzy i co najważniejsze ja go wciąż prowadzę. Raz nie spodziewałem się takich wyników(temat niszowy), dwa nie wierzyłem, że będę miał wenę. Napisałem 60 stron w Wordzie, biorąc pod uwagę niepublikowane rozdziały(kończę ósemkę).
Tyle paplaniny.
Pozdrawiam!

V. I should be so lucky.

V. I should be so lucky!

            - Co? – zapytała zdziwiona koordynatorka, słysząc komunikat siostry Joy. –To taka wiocha, a organizują tutaj pokazy? – Wciąż nie mogła wyjść z podziwu. Kyle udzielił jej sójki w bok, aby uważała na to, co mówi. – No co?! – Spojrzała na niego nerwowo.
- Grzecznie – dodał, symulując chrypkę.
- Ty miastowa – rzucił w ich stronę mężczyzna, wychylając głowę nad gazetkę, którą czytał - i tak nie masz szans na wstążkę – skomentował.

 Był to starszy mężczyzna – po pięćdziesiątce. Jego zielone oczy - podkreślone przez krawat tego samego koloru - lustrowały Alice. Jego brązowy, tweedowy garnitur świetnie komponował się z jego siwizną na głowie. Zaś zielony krawat Siwe włosy nadawały mu mądrości. Na jego twarzy gościł grymas, zmarszczki zaś mówiły, że nie uśmiechał się zbyt wiele przez całej swoje życie.
- Przepraszam, czasami za dużo mówię – odparła uśmiechają się do niego. Po czym odwróciła się i spochmurniała.
- Może i to jest mała wioska, ale są tutaj światowej sławy koordynatorzy - dodał, nie dając za wygraną.
- Zdaje sobie z tego sprawę, proszę pana – odparła od niechcenia. Wszystko tylko nie wdać się z nim w dyskusję. - Chciałabym teraz skupić się na doborze pokemona i jakiś szczegółach – udzieliła tej odpowiedzi najłagodniejszym tonem na  jaki było ją stać.
- Proszę bardzo, ignoruj starego sędziego. Na pewno spojrzę na ciebie przychylnie – wypalił.

           Dziewczyna myślała, że zapadnie się pod ziemie. Właśnie pogrzebała swoje szanse na przejście etapu pokazowego. W jednej chwili zraziła do siebie dwóch sędziów, zarówno siostrę Joy jak i starszego mężczyznę, którego nazwiska nie znała.
- Nie martw się. Pan Martinson często lubi straszyć młode koordynatorki – wyjawiła siostra Joy, czując że musi uspokoić zestresowaną koordynatorkę. Pielęgniarka popatrzyła się z pogardą w stronę starszego mężczyzny. Nienawidziła jego usposobienia, chociaż musiała go szanować. Pomimo swojej odpychającej osobowości, był świetnym burmistrzem.
- Przepraszam, ta miejscowość jest mała, a ja czasami, mówię co myślę – starała się załagodzić całą sytuację. Kyle zaczął się śmiać, widząc desperację w oczach. Alice. Dziewczyna posłała mu groźne spojrzenie, które miało go uspokoić. Ten jednak parsknął głośniej.
- Jesteś koordynatorką, masz mieć grację. Podejrzewam, że nawet ten bez stylu ubrany chłopak miałby szansę wygrać contest. – Wskazał na Kyle’a. Brunet automatycznie przestał się śmiać, a Alice zaczęła zasłaniać usta dłonią, żeby nie zauważyli jej radości.
- Widzisz nawet ja jestem lepszy – dodał, próbując wybrnąć z całej sytuacji.
- Dlatego ja mam trzy pokemony, a ty jednego? – spytała, przeciągając ostatnią część zdania.
- Dumna koordynatorka, dostała łupnia w walce pokazowej od trenera.
- Lidera – poprawiła.

            Wszystkiemu przyglądał się Poliwag, znowu nie mógł znieść tych bezsensownych kłótni, tym razem zamierzał poradzić sobie inaczej z dziećmi. Doskoczył do dwójki i zadał im celne ciosy ogonem.
- Au! Poliwag, spokój! – krzyknął niezadowolony trener.
- Przepraszam blondynka jest lepsza, przynajmniej panuje nad pokemonami. – dodał pan Martinson i oddał się lekturze.

            Kyle miał ochotę udusić go gołymi rękoma. Alice z pewnością by mu pomogła. Miała dość uwag starszego pana, który cały czas krytykował przybyszów.
- Proszę pana! – upomniała siostra Joy. – Mógłby być pan chociaż raz miły? – W głębi poczuła wstyd za zachowanie starszego mężczyzny. Był on w końcu reprezentacją miasta.
- Jestem miły. To oni są niekompetentni – odpowiedział, nie czując winy. Takt nie należał do jego mocnych stron, chyba że chodziło o interesy. Wtedy dyplomacja grała u niego pierwsze skrzypce.
- Nie przejmujcie się nim. On już tak ma. Pokazy odbędą się za trzy dni, na spokojnie możecie zatrzymać się w centrum pokemon jeśli chcecie – powiedziała przyjaźnie, kończąc temat starszego pana.
- Super. Jeśli możemy, to chętnie skorzystamy – odparł uradowany Kyle. Co prawda nie planowali zatrzymywać się w Floruse Village, aż cztery dni, ale skoro jest okazja zdobycia wstążki, to dlaczego by z niej nie skorzystać. Dla Kyle była to świetna okazja, aby schwytać nowego pokemona. W końcu nieopodal miasta ciągnęły się piękne, zielone łany, na których aż roiła się od trawiastych stworków. No i oczywiście las Ilex, w którym znajdowały się specyficzne gatunki. Może udałoby mu się złapać wymarzonego Bellsprouta.

            Alice i Kyle udali się do swojego pokoju, które znajdowało się aż na poddaszu. Pomieszczenie było nie duże z jednym oknem wystającym na miasto, łóżkiem piętrowym na pół pokoju, małą nocną szafką z czerwonym zegarkiem na niej. Przyjaciele szybko położyli się spać. Kyle’owi zależało na tym, żeby jak najszybciej wyruszyć w podróż, a Alice musiała przyłożyć się do treningu. Koordynatorka miała już trzy pokemony, lecz żaden nie był jeszcze dobrze trenowany, po za Staryu, którego trenowała jeszcze przed ukończeniem szkoły. Dziewczyna świadoma była, że nie może liczyć tylko na Staryu. A zwłaszcza na Staryu. Floruse Village to miejsce pełne trawiastych pokemonów, więc prawdopodobieństwo walki z jednym ze stworków tego typu było całkiem spore.

            Tuż po godzinie szóstej Kyle zerwał się na równe nogi. Był pełen entuzjazmu, zszedł do stołówki centrum pokemon, gdzie posłusznie zjadł swoją porcję owsianki z dodatkiem suszonych owoców. Przejrzał jeszcze raz uważnie mapę i odebrał swojego podopiecznego od siostry Joy, która była zdziwiona zdyscyplinowaniem chłopaka.

            Trener doskonale zdawał sobie sprawę, że jego pokemon potrzebuje wzmocnić swoje ataki. To całkiem dobrze, że poznał nowe, ale ich siła i celność pozostawiała wiele do życzenia. Zdecydowanie musiał poćwiczyć nad kondycją swego podopiecznego. Rozpoczął od wspólnego biegu, po czym Kyle rzucał w powietrze frisbee, które Poliwag miał strącić za pomocą wodnej broni. Potem pokemon uderzał w kamień, który miał za zadanie przesunąć. Na początku szło bardzo opornie, lecz z czasem udało się i kamień przesuwał się po każdym ataku. Oczywiście trener nie zapomniał o rozwoju innych ataków. Ćwiczyli naprawdę ostro, aż do południa.

            Tymczasem Alice wstała dopiero o godzinie jedenastej, na stołówce spotkała Brad’a, który jeszcze nie opuścił miasta. Postanowiła się do niego przysiąść.
- Co tutaj jeszcze robisz? – zagadnęła, próbując wyciągnąć od niego trochę informacji.
- Jem śniadanie – odpowiedział krótko. – A ty już jesteś po?
- Nie i nie o to mi chodziło. Co robisz jeszcze w tej wiosce? – Przysiadła się ze swoją porcją sałatki owocowej.
-  Szczerze powiedziawszy sam nie wiem. Chciałem zobaczyć jak sobie poradzisz i tak nie mam co robić, a mam ochotę poćwiczyć jeszcze z moim Bellsproutem, czuję że niebawem ewoluuje – wytłumaczył przyglądając się dziewczynie, która od razu się zawstydziła.
- To wszystko dla mnie? – zapytała ciągnąc temat. Tak naprawdę podobał się jej podryw, który Brad stosował na niej. Nie miała ochoty ani na chwilę rezygnować z dobrej zabawy i odtrącić go.
- Nie, moja droga ten świat jest pełen tego kwiatu. – Uśmiechnął się łobuzersko. On też miał swój honor. Tak naprawdę był tu dla niej, lecz nie potrafił tego przyznać.
- Kolejny rycerz na ośle. – skomentowała.

            Alice czuła się przy nim nieswojo. Towarzyszyło jej dziwne uczucie, jakby magnetyzm. Cały czas chciała więcej Brad’a, ale z drugiej strony nie chciała iść o krok do przodu. W zwyczaju Brad’a nie było przejmowanie się jedną kobietą. Tutaj jednak był w stanie stracić swój cenny czas. Alice znowu uwielbiała być adrowana, chociaż czasami czuła, że to wcale nie potrzeba bycia pożądanym nią kierowała, a strach przed odrzuceniem.
- Może i tak, ale świat jest brutalny – westchnął przypatrując się jej oczom.
- To jak postrzegasz świat zależy od ciebie – zripostowała.
- I dlatego ty siedzisz tutaj zamiast trenować? – zarzucił.
- Nie rozumiem – zdziwiła się.
- Znam to, śpisz prawie do południa, bo nie chcesz wziąć się, za konkretny trening. W sumie nic dziwnego. Też chowałem głowę w piasek jak ktoś mnie skrytykował. Albo jak byłem na straconej pozycji – wyjawił dziewczynie. Alice najpierw nieznacznie drgnęła, potem zmieszana starał się coś wyjaśnić, jednakże nie przychodziła jej żadna dobra odpowiedź
- To, to wcale…
- To właśnie tak jest, nie wierzysz w siebie – dodał pewnie wciąż ją obserwując.
- Wydaje ci się dzieciaku – wyśmiała go licząc, że odstąpi od jej tematu. Wierzyła w siebie, nie potrafiła po prostu odnaleźć się w nowej roli. To wszystko było naprawdę ekscytujące, lecz nowa sytuacja, stworzyła wiele wątpliwości.
- Jak tam wolisz, ja mogę potrenować z tobą mojego Bellsprouta – zaproponował. – Znam kilka dobrych ataków i znam się na pokemonach. Już raz przemierzyłem całe Johto.
- I myślisz, że wszystko wiesz? – odpowiedziała chłodno.
- Więcej niż ty, ale skoro zamierzasz udawać twardą to sobie bądź. – Wraz z tymi słowami koordynatorka doznała duszności w klatce piersiowej. Nie chciała żeby odchodził. Właściwie to miała ochotę rzucić się na kolana i błagać go o pomoc.
- Ok, możemy razem trenować – powiedziała z niechęcią. Czuła, że nie ma innej opcji. W tym wszystkim była prawda, potrzebowała kogoś doświadczonego. Była zielona w tym wszystkim. Co innego rozmowy teoretyczne, oglądanie pokazów, a co innego trenowanie własnych pokemonów.

            W tym czasie Kyle postanowił wyruszyć w podróż. Nie zamierzał nic mówić Alice, aby jej nie rozpraszać, a co gorsze żeby z nim nie poszła. Przy niej nie miał szans na pochwycenie nowego pokemona. Ta dziewczyna przynosiła mu najzwyczajniej pecha.

            Przemierzał łąkę, jednak nie znalazł niczego dla siebie, kiedy wreszcie wyłaniał się jakiś stworek, to błyskawicznie uciekał. Kyle tracił cierpliwość. Pech poganiał pech, żadnego pokemona. Poliwag posmutniał czując, że to jego wina, że jest za słaby, aby jego trener mół coś złapać.
- Spokojnie. Na pewno coś złapiemy – powiedział Kyle bez przekonania, zaczął zastanawiać się czy w ogóle nadaje się na trenera pokemon. Spędził trzy godziny, na łące pełnej trawiastych stworków i ani jednego nie udało mu się złowić.  

            Nagle panującą ciszę przerwał szelest trawy. Oczywiście Kyle nie omieszkał sprawdzić co też w „trawie piszczy”. Za kilkoma listkami dostrzegł żółto-czarne nasionko, które spotkał już wcześniej. Był to mały Sunkern. Stworek był tak wystraszony, że szybko skoczył chłopakowi w ręce.
- Hej maluchu, co się stało? – spytał. Pokemon tylko pojęczał i wtulił się mocniej w ramiona trenera. – Zgubiłeś swoje stado, mamę? – Wciąż próbował się dowiedzieć. Pokemon pokręcił tylko przecząco wystającymi listkami.

            Kyle interesował się trawiastymi pokemonami i wiedział o wielu dość sporo. Przypomniał sobie, że Sunkern po wykluci musi radzić sobie sam, bo rzadko pokemony trawiaste wykazywały opiekę nad swoim potomstwem. Najczęściej już od małego musiały sobie radzić same, co nie było takie straszne. Pokemony trawiaste w większości zamieszkują łąki, które są stosunkowo bezpieczne i dzięki światłu słonecznemu szybko dorastają. Zupełnie jak rośliny.
- Spokojnie, jestem z tobą. Wezmę cie ze sobą. Zobaczy trochę świata i może będziesz odważniejszy. – Uśmiechnął się do malucha, po czym na chwilę odstawił go na ziemię. W duży czarnych oczach zakręciła się łezka. – Nie martw się. – uspokoił Kyle. – Mam coś dla ciebie. – Wyciągnął kilka chrupek, a maluch szybko spożył znaczną ich ilość. Oczywiście Poliwag nie mógł tego znieść, więc odepchnął malucha i sam zaczął wydajać. – Zazdrośniku, podziel się!

            Poliwag odszedł, a Kyle wziął trawiastego stworka na ręce i ruszyli dalej w podróż w stronę lasu. Chłopakowi nie uśmiechało się być nianią malucha, z drugiej strony uwielbiał trawiaste pokemony. Problem polegał na tym, że nie mógł z malcem stoczyć walki, więc nie mógł go złapać. Teoretycznie mógł, ale byłoby to bestialskie z jego strony.

            Zbliżała się godzina czwarta. Kyle zgłodniał, postanowił schronić się w cieniu drzew i przekąsić prowizoryczny obiad. Tymczasem z listków pokemona zaczął wydobywać się różowy pyłek, który unosił się w stronę lasu. Kyle nie zauważył tego faktu, ponieważ zajęty był studiowaniem pokedexu. Zastanawiał się jakich ataków nauczyć swojego pupila i postanowił skupić się na lesie Ilex, może też mógł złapać Caterpie, to jednak coś.

            Różowy pyłek powędrował w stronę lasu. Kiedy Kyle spojrzał się na Sunkerna nic nie zauważył.
- Dlaczego pokemony trawiaste są takie urocze. Oczywiście ty Poliwag jesteś też bardzo ładny. – dodał starając zmniejszyć się rywalizację.
- Poli, Poli. – Malec zaprotestował i odwrócił się. Kyle pogłaskał go po idealnej główce i spryskał aerozolem, aby jego skóra była idealnie gładka. Pokemon ucieszył się i od razu wybaczył trenerowi brak miłości.

            Nieświadomy działań nowego pokemona Kyle siedział w spokoju, tymczasem słodki zapach -  bo tak nazywał się ten atak – zwabiał leśne pokemony. Za zapachem ciągnął zielony insekt, o twardym chitynowym pancerzy i olbrzymim rogu. Stworek był naprawdę głodny, na zapach praktycznie się ślinił. Wychylił się powoli zza drzewa i zobaczył piknik. Potem spojrzał na pokemona, który wydobywał z siebie ten smaczny zapach, nie zamierzał się zatrzymać, choć nie miał zamiaru zwracać na siebie uwagi.

            Zakradł się powoli zmieniając krzew po krzewie. Aż w końcu miał stworka na wyciągnięcie ręki.
- Słyszałeś coś? – Zaniepokojony chłopak spytał swojego podopiecznego. Poliwag jednak pokręcił przecząco ciałem. – Chyba jestem przewrażliwiony. - Wraz z tymi słowami, niechciany gość poczuł się komfortowo. Wychylił swoją łapkę i sięgnął po pokemona nasienie. Pech chciał, że wyciągając dłoń po zdobycz stracił równowagę i runął tuż przed trenerem. Kyle podskoczył jak poparzony i wyciągnął pokedex.
https://blogger.googleusercontent.com/img/proxy/AVvXsEh4qDdJCz28vS9rmqGQzPc3fjty7p-ceitqelyXUw8-XfqUVC_9S_NIe9lmvjRGqEMYuhdogAgjcPUXih4LuNECE5IeNKhCdXoQBenLQn1Ow_19zL8LdAd23gHXXeAMiROM33RkrlaL_qOIOxydat80dJhUCeJ6XL7EFY7NFlQDO7V0pDtMyZ2dN1Om_4w=

Heracross pokemon typu robak i walka. Pokemon przypomina żuka, ma twardy, niebieski, chitynowy pancerz, który chroni go przed uderzeniami. Do obrony służy mu także duży róg, zadający często poważne rany. Po rogu można odróżnić samca od samicy. Pokemon ten spotykany jest w lasach, żyje w symbiozie z Butterfree. Ulubionym pokarmem jej miód. Heracross znany jest jako łakomczuch. Zazwyczaj spokojne, atakują w ostateczności.

            Oczy Kyle’a wręcz zapłonęły ze szczęścia. To była jego unikatowa szansa na złapanie pierwszego pokemona podczas swojej podróży.
- Dobra Poliwag to twoja walka – powiedział. W tym czasie Heracross stanął na równe nogi, ale zanim zdążył uciec drogę zagrodził mu Sunkern. – Chcesz walczyć mały? – zapytał zaskoczony trener. Pokemon kiwnął głową. – No dobrze. – Kyle nie wiedział czego się spodziewać, ale czemu nie spróbować. Fakt mógł stracić Heracrossa, który był jednym z rzadkich pokemonów i do tego jednym z ulubionych Kyle’a.

            Heracross przestał być taki łagodny, jego pazury lśniły na ciemnobrązowy kolor, po chwili zamachnął się, by zadać cięcie maluchowi. Ten tylko uskoczył.
- Sunkern, słoneczny dzień. – polecił Kyle, nie będąc przekonany czy stworek jest w stanie wykonać jego zalecenie. Ten tylko podskoczył i wystrzelił błyszczącą kulę pod korony drzew. Może nie był to silny atak, jednakże dodawał szybkości i efektywności Sunkernowi. Oponent nawet na chwilę nie zamierzał się poddać. Odwrócił się i otworzył swój pancerz, spod którego wyłoniły się owadzie skrzydła. Wzniósł się ponad powierzchnię i znowu zaczął szturmować, tym razem jego dłonie były błękitne. – Unik! – krzyknął.

            Sunkern dzięki sprzyjającym warunkom bez problemu uniknął ataku, wykonując salto nad insektem, kiedy się obracał, wysłał brązowe nasionko na przeciwnika. Nasienie błyskawicznie wykiełkowało. Z brązowego nasienia wydobył się zielony bluszcz, który szybko obrósł całego pokemona. Po chwili zaczął lśnić, był to znak, że wysysa energię z Heracrossa.
- Brawo! – pochwalił Kyle. Nie spodziewał się po malcu takich zdolności. Heracross próbował uwolnić się z porastającej go byliny, jednak nie szło mu to najlepiej. W tym czasie Sunkern otworzył pyszczek i wystrzelił dziesiątkami zielonych nasionek. Następnie stanął i przyglądał się szamoczącemu się rywalowi. Jego dwa listki zaczęły świecić na jasno.
- Czy to jest słoneczny promień? – Zauważył z niedowierzaniem Kyle. Promień poszybował szybko w stronę motającego się jeszcze Heracross. Oczywiście nie zdołał on zareagować na niebezpieczeństwo. Kyle nie czekał ani chwili. Rzucił balem przed siebie.

            Biało czerwona kula wahała się przez chwilę, aby potem zastygnąć. Kyle podbiegł do pokeball i podskoczył z radości, uścisnął małego Sunkerna i Poliwaga, który był zirytowany faktem, że to nie jego walka. Postanowił wyciągnąć kolejny pokeball.
- To co mały? Masz ochotę dołączyć do mojej drużyny? – zapytał. Sunkern podskoczył ze szczęścia. Kyle posłał kolejną kulkę, która od razu wydała charakterystyczny dźwięk. – Wreszcie. – odetchnął z ulgą. Nadrobił ostatnie dni.

            Teraz postanowił wrócić do wioski, stwierdził że na dzisiaj wystarczy. Po za tym Alice na pewno się o niego martwiła. Bez słowa ją zostawił, chociaż wiedział, że tak będzie lepiej, bo pewnie spędza czas z Bradem, który właśnie podbija do niej. Trener nie miał jakoś ochoty przyglądania się ich amorom, chociaż nie omieszkał skorzystać z okazji i pochwalić się swoimi zdobyczami.

            Tak jak się spodziewał na placu, za centrum pokemon Alice ćwiczyła ze wszystkimi swoimi trzema pokemonami. Dziewczyna stała obok Brada, który cały czas udzielał jej rad. Alice uśmiechała się widząc efekty jej pracy. Naprawdę dobrze współpracowało się jej z trenerem. Kyle postanowił przerwać tę chwilę.
- Cześć! – zagadnął.
- Cześć! – rzuciła się mu na szyję Alice. – Gdzie byłeś? Martwiłam się – powiedziała uderzając go w ramię. Brad stał z boku i nie podzielał entuzjazmu dziewczyny.
- Powiedzmy, że musiałem ci dorównać. – Uśmiechnął się łobuzersko. Wreszcie czuł się dowartościowany. Myśl, że byłby gorszy przerażała go.
- Naprawdę nie mogłeś przeżyć, tego że mam już trzy pokemony? – spytała zaskoczona.
- Nie o to chodziło, po prostu niebawem następna sala, a ja chciałbym jednak nie łapać przed wejściem do niej jakiegoś pokemona – wytłumaczył się. Czuł się teraz naprawdę głupio. Cała jego radość zniknęło, bo poczuł się jak małe dziecko, które chce mieć taką samą zabawkę jak kolega.
- Ta jasne. I pierwsza zdobędę wstążkę, a potem komplet – przedrzeźniła chłopaka. Kyle zacisnął tylko pięść i wziął głęboki oddech. Nie miał ochoty wdawać się w kolejną sprzeczkę
- To chyba oczywiste. Wielki finał jest przed rozpoczęciem Ligii, byłoby trochę słabo gdybyś – zripostował.

            Dziewczyna miała powiedzieć jeszcze coś błyskotliwego, lecz zbyt bardzo się cieszyła, że jej przyjaciel wreszcie się odnalazł. To było dla niej największe szczęście.
- Grunt, że przyszedłeś. Ja już prawie mam strategię na nadchodzące pokazy – pochwaliła się.
- Cieszę się. A ja złapałem te dwa maluchy. – Wyrzucił w powietrze pokeballe, z których wyłoniły się dwie postacie. Heracross poczuł słodki zapach Bellossom i zaczął go ganiać, myśląc że to wspaniały posiłek.
- Co Twój pokemon robi?- zapytała zdziwiona.
- Chyba ma ochotę na trochę miodu.
- Wara od mojego pokemona. – Złapała Bellossoma na ręce. Heracross zatrzymał się i popatrzył ze smutną miną jak jego kolacja właśnie mu cieka.
- Chcesz jeść, dam ci trochę miodu. Na pewno mają tu w sklepie. Więc jeśli poczekasz, to za niedługo dostaniesz. – Pokemon od razu rozpogodził się i doskoczył do swojego trenera, mocno go obejmując.
- Wow, ale z niego łasuch, chyba większy niż ty – wytknęła przyjacielowi. Kyle nawet nie zamierzał tego komentować.


            Wyruszył jedynie po obiecany słoik miodu. Alice i Brad wybrali się do centrum pokemon, bo naprawdę się już ściemniało, a dziewczyna miała wielkie plany jeśli chodzi o jutrzejszy trening. Zapowiadał się bardzo pracowity dzień.


Obserwatorzy