logo

XIII. Golden death

XIII. Golden death
           
            Strumień wody uderzył w twarz Kyle. Chłopak bronił się dłońmi, przed napływającą wodą, jednak nie był w stanie jej zatrzymać. Po chwili szamotaniny wylądował brzuchem na podłodze. Przemoczony posłał groźne spojrzenie w stronę oprawcy.
- Poli, Poli! – Poliwhirl wymachiwał rękoma, co chwilę wskazując na zegarek, który pokazywał parę minut po dziewiątej.
- Spokojnie – powiedział powoli wstając. – O nie! – uświadomił sobie, która wybiła godzina. Na dziesiątą umówiony był na trening z Mikem Avalo. Nie chciał się spóźnić i tak czuł, że ma z nim na pieńku. – Dziękuję – dodał. Poliwhirl skrzyżował jedynie dłonie i potupując stópką czekał na swojego trenera.

            Kyle czuł jeszcze efekt wczorajszej nocy. Jego oczy były nieznacznie przekrwione, cera blada, a włosy suche niczym siano. Wewnątrz też nie czuł się lepiej. Pragnienie jakie mu towarzyszyło utrudniało logiczne myślenie, na domiar złego towarzyszył mu lekki ból głowy. Jednak postanowił zabrać się za przygotowania. Wyciągnął swoje standardowe ubranie, poprawił co nieco włosy i wyszedł z pokoju.

           Tuż po przekroczeniu progu pokoju, od razu zaliczył zderzenie, z rozpędzonym blondynem. Philip też był jeszcze pod wpływem wczorajszej nocy, do tego wstał równie późno co Kyle. Panika w jego oczach mówiła wszystko.
- Uważaj! – jęknął Kyle. Zasadniczo nie czuł, aż tak uderzenia, tyle co ból głowy.
- Przepraszam – powiedział szybko Philip. Kyle przyjrzał się jego fryzurze.
- Co ci się stało? – zapytał widząc panujące tornado na głowie blondyna.
- Pikachu mnie obudził – odpowiedział kierując swój wzrok na uśmiechniętego pokemona. – I co się tak cieszysz – powiedział zirytowany. Pikachu jedynie poprawił łapką swój ogonek i coś zakomunikował nie zwracając uwagi na trenera.
- Spokojnie, mój Poliwhirl też wymierzył mi sprawiedliwość. Chyba już nigdy nie będę się bawić – zaśmiał się.
- Poli, Poli! –warknął pokemon wychodząc z pokoju.
- No już, już. Nie ociągam się – zażartował Kyle. Cieszył się z faktu, że jego pokemon jest tak odpowiedzialny. W sumie tak samo jak i on, no może nie dzisiaj, ale każda reguła ma swój wyjątek.

            Chłopcy pozbierali się i ruszyli w stronę holu centrum pokemon. Philip wyciągnął spod szarej kamizelki swój grzebień w kształcie pioruna i szybkim ruchem doprowadził do porządku swoje blond włosy.
- A więc to tak z twoimi włosami – zauważył Kyle przyglądając się przedmiotowi.
- Jestem facetem, ale mogę o siebie dbać. Nie? – odpowiedział zmieszany.
- No dobra.
- Dobra, dobra samcu alfa. A ta torba to twojej koleżanki – zażartował. Kyle’owi od razu zrzedła mina i przestał komentować cokolwiek. Chłopcy szli coraz szybciej.

            W holu panował jeszcze spokój, kilku trenerów siedziało przy stolikach wymieniając się doświadczeniami na temat podróży. Siostra Joy chodziła za ladą, klikając co chwilę coś w komputerze, potem podawała tackę Chansey itd.. Kyle i Philip podeszli do niej.
- Dzień dobry – odezwali się razem.
- Dzień dobry – powiedziała nie odwracając wzroku od czynności, które wykonywała.
- Czy mógłbym odebrać już pokemony? – zapytał Philip.
- Tak, ależ oczywiście. Już mają się całkiem dobrze. Twój Zubat i Elekid. – Wydała pokeballe i spojrzała na trenerów.
- Dziękuję!
- Macie jeszcze to, proszę. – Podała im gumę do żucia. – Tutaj są młodzi trenerzy, nie chciałabym żebyście ich „wychowali”. A niestety ten rozwój technologii pomaga dzieciakom się „rozwijać” – zaznaczyła. – Za moich czasów… - przeciągnęła, machając ręką.
- Przepraszam – powiedział skruszony Kyle. Naprawdę czuł się zażenowany.
- Nie ma sprawy. Młodzi jesteście, taka wasza natura. Ja jak byłam w waszym wieku – zatrzymała się. – Ale się postarzałam. Mówię tekstami swojej matki – jęknęła i wzięła głęboki wdech.

            W holu pojawiła się znajoma twarz. Kyle oczywiście wlepił swoje ślepia w tę postać. Philip zauważył to i zaczął machać mu dłonią przed twarzą.
- Ziemia, ziemia wzywa – żartował. W tym czasie do lady podeszła Caroline.
- Cześć – powiedziała zmieszana, przypominając sobie wczorajszy wieczór.
- Czeeeść – przeciągnął Kyle.
- A to o to chodzi – zaśmiał się Philip. Kyle zmierzył go tylko wilczym wzrokiem i uderzył go po ramieniu. Caroline nie wiedziała o co chodzi, ale śmieszyła ją cała sytuacja.
- Wyspałeś się? – zapytała.
- Powiedzmy, że tak miałem mocną pobudkę. – Spojrzał się na swojego podopiecznego, który ani przez chwilę nie czuł skruchy. – A ty?
- Ja? Powiedzmy, że nie należę do tych co lubią mało spać – skomentowała.
- Ja niestety należę do tych drugich, co nie lubią marnować czasu na sen – pochwalił się.
- No jasne. W końcu można robić tyle rzeczy kiedy się nie śpi – wtrącił Philip. Kyle po raz kolejny uderzył go w ramię. – Auu, no co można oglądać film w łóżku, można jeść lody w łóżku – nie przestawał się nabijać.
- Układać włosy – odpowiedział Kyle.

            Caroline nie wiedziała dokładnie o co chodzi, a raczej wolała udawać, że nie orientuje się w temacie. Nawet nie znała Philipa, zmierzyła go szybko wzrokiem i ruszyła w stronę lady. Oparła się łokciami o biały blat.
- Dzień dobry – przywitała siostrę.
- Dzień dobry. – Kobieta uśmiechnęła się i podeszła do dziewczyny. – W czym mogę służyć?
- Jeśli mogłaby pani zdeponować tego pokemona, mam już szóstkę – powiedziała podając czerwony pokeball.
- Oddajesz Houndooma? – zapytał się Kyle.
- Tak. Jest świetny, ale na razie mi się nie przyda, a na trening za bardzo nie mam czasu – wytłumaczyła. Kyle odetchnął z ulgą.
- Czy coś mnie wczoraj ominęło? – zapytał się Philip.
- Nie ależ skąd – przeciągnął Kyle, przewracając oczami. Caroline uśmiechnęła się tylko i zajęła się swoim pokeballem.

            Kyle dopiero teraz ocknął się. Przecież Philip i Caroline się nie znali, pasowałoby się ich sobie przedstawić.
- A właśnie, to jest Philip, też pochodzi z Azalea Town – przedstawił Kyle. – A to jest Caroline koordynatorka – zwrócił się do Philipa.
- Philip, miło mi poznać.
- Caroline, mi też jest miło cię poznać. – Uśmiechnęła się.
- Czekajcie – wtrąciła zabiegana siostra Joy. – Czy któreś z was wybiera się dzisiaj na trening z Mike’em Avalo? – zapytała.
- Tak! – odpowiedzieli wszyscy. Kyle posłał pytające spojrzenie w stronę Caroline.
- Ty też? – wydukała.
- Tak, ale co ty? – zdziwił się.
- A co koordynatorka już nie może ćwiczyć pokemonów walczących? – zapytała zdenerwowana.
- Jasne, że może. Balet też dobra rzecz – wypalił Philip.
- Uważaj, żebym ci nie dokopała – skomentowała.
- Dobra, dobra, on ledwo daje radę. – Posłał spojrzenie w stronę Kyle.
- Ludzie skupcie się! – przerwał Kyle. – Siostro Joy, a o co chodzi?
- Wreszcie! – jęknęła. – Powiedział, że o dziesiątej będzie czekał na was pod centrum. Kazał wam się ubrać w miarę wygodnie, bo czeka was dzień wyzwań. Chyba tyle – zastanowiła się.
- Dziękujemy – powiedział Kyle. – Dobra pasowałoby wyjść, bo już za chwilę będzie dziesiąta.

            Na dworze panowała przyjemna aura. Słońce już znajdowało się nad miastem, przyjemny, słaby wiatr dawał orzeźwienie przy dość wysokiej temperaturze. Niebo było błękitne, bez ani jednej chmurki. Zapowiadał się bardzo pogodny dzień. Przed centrum pokemon stała już biała furgonetka, o którą opierał się rudowłosy mężczyzna.
- O jednak się wyrobiliście – skomentował.
- Cześć – powiedzieli jednym głosem.
- Wsiadajcie, nie mamy czasu na grzeczności – powiedział, rozsuwając białe drzwi.
- Czy tylko ja czuję, że skończę z toporem w czaszce? – zapytał się Philip.
- Nie – odpowiedział niepewnie Kyle.

            Wsiedli do samochodu, jak się okazało nie byli oni jedynymi uczniami rudowłosego mężczyzny. Wraz z nimi był jeszcze jakiś szatyn.
- Cześć, jestem Kevin! – Podał dłoń. Wszyscy przedstawili się kolejno. Kevin był całkiem wysokim, wysportowanym chłopakiem, o atletycznej budowie ciała. Jego niebieska grzywka skomponowana z kruczoczarnym włosami, bardzo dobrze podkreślała, jego niebieskie oczy. Był nieco niższy od Kyle. Ubrany jak typowy trener: biały luźny t-shirt, czarna, skórzana kurta, sięgająca na trzy czwarte jego tułowia, z podwiniętymi niebieskimi mankietami. Do jasno brązowych spodni przypięty był pasek z czterema pokeballami.
- Fajnie, że się poznaliście – zakomunikował Mike zapinając pas bezpieczeństwa. – A teraz się trzymajcie. Mamy małe opóźnienie – powiedział, po czym ruszył z piskiem opon.

            Nie minęło dobre dziesięć minut, jak usłyszeli pisk opon. Mike tym razem hamował. Oczywiście cała czwórka wylądowała na przedniej ściance, która oddzielała tył furgonetki od miejsca kierowcy. Nie zdążyli się jeszcze pozbierać, a drzwi już się rozsunęły. Mike zmarszczył brwi.
- Dobra dzieci, a teraz czeka nas spacer – wypalił. Ruszył szybko w stronę plaży. Kyle i Philip spojrzeli po sobie, mieli już dość tej wyprawy. Szczególnie po wczorajszym.

Kiedy tylko opuścili pojazd ich oczom ukazała się plaża Goldenrod City. Była niczym z filmów. Jasnożółty piasek ciągnący się, aż do błękitnego morza, na którego brzegu leżały Staryu wyrzucone przez morskie fale. Po piasku przemieszczały się wesołe Krabby i Corsole.
- Rozumiem, że odpoczywamy – powiedział Philip, licząc że zdąży się poopalać. Mike posłał mu tylko karcące spojrzenie.
- Chyba pomyliły ci się kursy. Czeka was długa podróż – rzekł Mike idąc przed siebie.
- Podróż? – zapytał się Kyle.
- Tak, dzisiaj czeka was wysiłek. Chyba nie myśleliście, że ten kurs spędzicie w Sali walki, gdzie będziecie ćwiczyć siłę i sprawność swoich pokemonów? – spytał.
- Tak? – odpowiedziała niepewnie Caroline.
- W sumie będzie parę takich treningów – podrapał się za głową. – Ale nie liczcie, że będzie tak samo każdego dnia – zaznaczył stanowczo. -  Ten trening ma was też wzmocnić jako trenerów i nauczyć was myśleć. Siła to jedno, ale bez strategii jest bezużyteczna. Nie sztuką jest pokonać Magikarpia Electabuzzem. Ale pokonać Gyardosa Pichu – wytłumaczył.
- A ty to umiesz? – Kyle zadał bezpośrednie pytanie.
- Powiedzmy, że jestem w trakcie nabywania tych umiejętności – wycedził przyspieszając kroku.

            Przemierzyli całą plażę wzdłuż, by znaleźć się tuż na skraju zielonego lasu. Nie był on taki jak las Ilex. Nie było tam drzew iglastych, lecz same liściaste. Pomiędzy nimi rosło dużo krzewów i zarośli, które nadawały dzikości całemu miejscu. Zupełnie jak w makiach.
- Jesteśmy – przedstawił miejsce. – Czas powiedzieć wam co nieco o zadaniu – zaczął. – A więc każdy z was dostanie jednego greatballa i jednego pokeballa. Za pomocą pokeballa macie złapać Mankeya. Każdy z was ma złapać jednego. I pamiętajcie – powtórzył - jednego Mankeya!
- Po co? – przerwał Philip.
- Do naszej szkółki. Dbamy o populację tutejszych Mankeyów, kiedy jest ich za dużo robimy odłów – powiedział od niechcenia. -  Zazwyczaj wystarczy jeden na rok, chociaż zdarza się częściej. My trenujemy Mankeye. Następnie trafią one do naszych absolwentów, albo początkujących trenerów, jako starter - wytłumaczył. – Ale kontynuując mój wywód.
- Starter?- po raz kolejny wtrącił coś Philip.
- Czy ja wyglądam na osobę, której chce się tłumaczyć? -  spojrzał się na niego z politowaniem. Philip zwolnił kroku, aby schować się za resztą podróżników.   

            Mike wciągnął dużą dawkę powietrza i zaczął mówić:
- Dobrze, wracają do meritum. Łapiecie po jednym Mankeyu i jednym pokemonie dla siebie. Dowolnym. Może to być nawet Caterpie jeśli chcecie, a potem…
- Łapanie pokemonów dla łapania? – wtrąciła Caroline. – To jest bezsensu. Łapiesz pokemona jeśli czujesz, że go chcesz. To nie jest sport! – zaprotestowała.
- Serio? – Zmarszczył brwi. – Naprawdę? Ale ty tak naprawdę? – ciągnął dalej sarkastycznym tonem. – Czemu zawsze muszę trafiać na dziewczynę ekologa. Tam są łańcuchy, idź i się przykuj. – Wskazał na jakiegoś dzikiego Primeape.
- Dobra już jestem cicho – mruknęła pod nosem.
- To nie sport. Masz rację, ale od czasu do czasu można sobie złapać pokemona, a to jest część kursu – poprawił się. – Wiem, że część z was jest doświadczonymi trenerami i rozumie, że pokemony to nie zabawki. Ale nowy dziki pokemon ma was nauczyć radzenia sobie z nowościami. Ta podróż ma trwać cały dzień i będzie od was wymagała różnych umiejętności. Od improwizacji, aż po precyzję – wyjawił. Wszyscy jedynie przytaknęli.

            Rudowłosy chłopak zgubił na chwilę wątek, jednak po minucie intensywnego myślenia, przypomniał sobie co też miał zamiar powiedzieć:
- I ostatnie zadanie to zdobyć kamień ewolucyjny. Na końcu trasy, którą będziecie musieli pokonać jest opuszczona kopalnia. Macie tam wejść i przynieść jeden z kamieni. Po powrocie rozegracie mecz złapanym pokemonem, ale tylko jeżeli wrócicie przed końcem czasu, a więc w ciągu 24 godzin. A i najważniejsza zasada. Do tej misji wybieracie tylko dwa pokemony, a resztę zostawiacie –dodał. – Te dwa będą wam towarzyszyć i muszą być na zewnątrz. Kwestia utrudnienia i bezpieczeństwa. Czy to jest jasne?
- Tak – odpowiedzieli. Tak naprawdę nie wiedzieli o co dokładnie zapytać, gdyż zasad było zbyt wiele, więc woleli udawać, że wszystko zrozumieli.

            Kyle nie zastanawiał się długo kogo wybrać. Rzucił przed siebie dwa pokeballe, z których wyłoniły się sylwetki Heracrossa i Sunkerna.
- Przepraszam Poliwhirl – powiedział spoglądając na niebieskiego stworka. – Wykazałeś się ostatnio, aż nadto, a Sunkern nie walczył z nikim prawie – wytłumaczył się. Poliwhirl pokazał tylko łapką w stronę Heracrossa. – On potrafi latać. Nie zgubię się, no i zawsze mogę lecieć na jego grzbiecie – cedził powoli, uważnie przyglądając się reakcji swojego podopiecznego. Poliwhirl tylko machnął łapką i podszedł do Wigglytuff.

            Philip widząc wybór przyjaciela, już miał pewność kogo wybierze. Rzucił pokeball przed siebie.
- Tak Zubat i Pikachu, to dobry wybór. – Uśmiechnął się do siebie.
- A ja wybieram was! – Krzyknął Kevin. Po chwili pojawił się Charmander i Pidgeotto.
- Wow! Czy to jest starter z Kanto? – zapytał się Kyle. Kevin kiwnął jedynie głową przyznając mu rację. Kyle nie czekał, rzadko zdarza się taka okazja. Wyjął pokedex.

Pidgeotto pokemon ptak typu normalnego i lotnego. Wyższa forma Pidgeya. Jest waleczny i bardzo terytorialny. Zamieszkuje głównie lasy. Odżywia się ziarnami zbóż. Choć tak naprawdę jego przysmakiem są Weedle i Caterpie. Pokemony te świetnie radzą sobie z podróżami. Dziennie są w stanie pokonać kilkadziesiąt kilometrów.
- Oj nie o niego mi chodziło – jęknął zdenerwowany i przemieścił pokedex.

Charmander pokemon jaszczurka typu ognistego. Charmander jest najłagodniejszą formą, ze wszystkich w jego linii ewolucyjnej. Płomień na jego ogonie świadczy o sile i zdrowiu. Im jest on większy, tym w lepszej formie jest pokemon. Zamieszkuje głównie tereny górzyste, uwielbia wygasłe wulkany.

Kyle’owi wreszcie udało się namierzyć odpowiedniego pokemona. W między czasie wyboru też dokonała Caroline. Z jej pokeballi wyleciał jeden bardzo dziwny pokemon. Wyglądał jak kangur z zielonym grzybem na głowie.
- Co to jest? – zdziwił się Philip. Nigdy nie widział takiego pokemona. Drugiego jej pokemona rozpoznali bez problemu. Był to pospolity Hoothoot. Kyle skierował pokedex na zielonego stworka.
Brak danych.
- Że co? – zdziwił się Kyle.
- Już pomagam – uspokoiła Caroline, po czym wyciągnęła swój pokedex.

Breloom pokemon kangurzy grzyb typu trawiastego i walczącego. Breloom ma bardzo silne nogi, którymi zadaje silne ciosy oraz sprawne łapki, którymi zadaje szybkie ciosy. Pokemon ten stworzony jest do walk. Jego ogon zakończony jest sporami z trującą substancją. Jej zjedzenie grozi śmiercią.
- On jest z Hoenn? – zapytał się Kyle.
- Tak. Mam go już od dawna – odpowiedziała. – Swoją drogą możesz sobie kupić w markecie aktualizacje pokedexu. Bo chyba zdajesz sobie sprawę, że po Johto chodzą też trenerzy z innych regionów?
- Tak zadaję sobie sprawę – powiedział Kyle, ale tak naprawdę nie był nigdy na to przygotowany. Nie widział sensu w przygotowaniu się na taką ewentualność, w szczególności że liderzy mieli pokemony z regionu Johto, ewentualnie Kanto.
- Dobra dzieci. Rozumiem, że to są wasze ostateczne wybory? – przerwał konwersacje Mike, który marzył już o rozłożeniu się na kocu, który ze sobą zabrał.
- Tak, myślę że tak – odpowiedziała Caroline.
- Jasne, że tak! – powiedział pewnie Kevin. Philip i Kyle skinęli tylko głową.

            Mike słysząc pozytywne odpowiedzi rzucił w powietrze cztery pokeballe z których wyłoniły się cztery Pidgeye.
- Żeby nie było tak niebezpiecznie. Te Pidgeye będą was obserwować, w razie jakby komuś się coś stało powiadomią mnie i na pewno szybko przyjdę wam na ratunek – powiedział. – Dobra zaczynajcie. Macie czas do jutra, do jedenastej. Czas start.
- Dobra Breloom zostawmy ich w tyle – po tych słowach Caroline wskoczyła na grzbiet swojego trawiastego podopiecznego, a Hoothoot wzniósł się w powietrze. – Na razie! – Znikła po chwili.
- Nie będzie tak dobrze. Heracross jesteś w stanie mnie i Sunkerna wziąć na grzbiet? – zapytał Kyle.
- Hera, Hera – pokiwał przytakująco. Kyle nie czekał wziął na ręce Sunkerna i kiedy niebieski insekt rozłożył owadzie skrzydełka, on zajął miejsce na jego pancerzu. Heracross bez trudu odbił się od podłoża i zaczął lecieć.

            Philip popatrzył jedynie bezradnie na swojego Pikachu i po prostu zaczął biec. Może jednak mu się uda wygrać. Za nim oczywiście ruszył Kevin, który był w podobnej sytuacji. Chłopcy mogli liczyć jedynie na swoją sprawność, ale mieli przecież 24 godziny, z pewnością była to wystarczająca ilość czasu.

            Tymczasem Kyle już dawno zgubił Caroline, zupełnie jakby się rozdzielili. Zresztą on szybował nieznacznie ponad koronami drzew. W oddali widział już dziwną, niewielką, łysą górę. Domyślał się, że jest to ta opuszczona kopalnia. Po chwili lotu uświadomił sobie, że nie ma szansy wypełnić dwóch pozostałych zadań, gdyż leci nad lasem, a pokemony są przecież w nim.
- Heracorss musimy wylądować – nakazał. Pokemon bez większego zastanowienia zanurkował w zieloną gęstwinę. I to był błąd. Drzewa porastały różnego rodzaju liany i epifity. Kiedy Heracorss nurkował w zielonej gęstwinie, jego róg zahaczył o jedną z narośli sprawiając, że odwrócił się o 180 stopni, zrzucając z grzbietu swojego opiekuna i małego Sunkerna.

            Na całe szczęście Kyle zatrzymał się tuż przed ziemią na kilku lianach. Odetchnął z ulgą widząc, że brakuje mu jeszcze kilkunastu centymetrów do ziemi. Sunkern bez problemu prześliznął się przez gęstwinę. Kyle próbował się wydostać. Dopiero teraz sobie uświadomił, że to nie było wybawienie, tylko pułapka. Szamotał się coraz silniej z zielonymi sznurami, ale te wydawały się jeszcze mocniej go owijać.
- Heracross łamacz murów! – nakazał, ale jego podopieczny sam miał problem z wydostaniem się z owej pułapki. –No dobra, Sunkern ostry liść! – krzyknął, a pokemon stał i przyglądał się ze zdziwieniem swojemu trenerowi. – No tak, ty nie potrafisz tego ataku. Naprawdę muszę przyłożyć się do twojego treningu. No nic, walczmy tym co mamy. Nasienny pocisk w te liany! – rozkazał. Sunker wypełnił swoje policzki i po chwili z pyszczka wystrzeliła seria nasion, które bez problemu przerwały zielone narośle.

           Kyle upadł na plecy. Zdecydowanie za często zdarzało mu się spadać w czasie tej podróży, a na pewno dzisiaj. Jeszcze zanim zdążył się pozbierać, został przygnieciony ciężarem swojego drugiego pokemona.
- Naprawdę? Czy ja jestem jakimś pechowcem? – rzucił. – No dobra moi drodzy musimy trochę nadrobić ten stracony czas. Poszukajmy Mankeya – powiedział. Stworki przyjeły to do wiadomości i we trójkę ruszyli przed siebie.

            Las przepełniony był Pinap berry i Sitrus berry. Kyle był zdziwiony, ponieważ te rośliny rosną w ciepłym klimacie, a klimat Azalea Town i Goldenrod City nie wiele się różnił. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę, że im więcej berry tym więcej pokemonów w okolicy.
- Dobra Heracross, wiem że jesteś łasuchem. Szukaj berry! – nakazał. – Jak znajdziesz ich bardzo dużo, to możesz sobie zjeść kilka. – Heracorss wręcz podskoczył z radości i ruszył przed siebie zupełnie jak opętany. Kyle i Sunkern z trudem nadążali za niebieskim owadem, który bez problemu przemierzał krzewy. Czasem jeśli trzeba było, potraktował jakąś gałąź łamaczem murów.

            Po chwili znaleźli się na niewielkiej polanie, na której znajdowały się różne krzewy berry. Kyle widząc to zaczął rozglądać się po drzewach, które je otaczały. Zdążył się jedynie odwrócić i dostał po twarzy Sitrus berry. Chłopak przetarł twarz, a jego oczom ukazał się dziko skaczący, po gałęzi Mankey.
- Ty tak na serio? – zapytał się poirytowany. Zanim zdążył coś dodać, dostał kolejną porcję, a pokemon skakał jeszcze bardziej szczęśliwy. – To nie – nie zdążył powiedzieć, ponieważ oberwał kolejny raz. Nie czekając na kolejny rzut schował się za drzewo i wychylał się co chwilę, by zobaczyć gdzie jest jego oprawca. Mankey już celował w niego kolejnym owocem.

            Kyle nie zamierzał zmarnować tej okazji. To była jego szansa, żeby zaliczyć jedno z trzech zadań tego wyścigu. Spojrzał się w stronę swoich podopiecznych. Liczył na Heracrossa, ale ten był pochłonięty wyjadaniem berry.
- No dobra. Zaraz ci pokażę! – warknął. – Sunkern słoneczny dzień! – nakazał. Biała kula wystrzelona przez nasionko wzbiła się w górę. Przedarła się przez gęste korony drzew, nie dając żadnego efektu. – Zapomniałem – jękną Kyle. – Więc zacznijmy od zmęczenia go! Ziarno pijawka! – Sunkern nie czekał wystrzelił nasienie w stronę wesołej małpki. Ten jednak użył skrzyżowanego ciosu i bez problemu zniszczył ziarno pijawkę. – Naprawdę długo nie ćwiczyłem z Sunkernem – stwierdził czując, że nie ma żadnej rozsądnej strategii.

            Wyciągnął pokedex, żeby znaleźć jakąś słabość przeciwnika. Może to dałoby mu jakieś szanse na zwycięstwo, ponieważ Sunkern nie miał na tą chwilę żadnych atutów. Kyle mógł polegać tylko i wyłącznie na ziarnie pijawce i nasiennym pocisku.

Mankey pokemon małpa typu walczącego. Pokemony te żyją w stadach, głownie można spotkać je na terenach leśnych u podnóża gór. Jeśli zdenerwuje się jednego, całe stado ruszy mu na pomoc. Pokemony te są niezwykle żywiołowe. Nie należy ich denerwować, ponieważ bez problemu rozprawiają się z intruzami.

- A to miało mnie wystraszyć, czy mi pomóc? – skomentował. – Nie będę się ciebie bał! Sunkern nasienny pocisk. – W stronę białej małpki poleciała seria nasion. Ten bez problemu zdołał uniknąć uderzenia i zaśmiał się z trenera. Po czym ruszył do ataku. – Unik! – Pokemon nasionko bez problemu odskoczyło, a Kyle właśnie wpadł na pomysł. Rozzłoszczony Mankey od razu wymierzył kolejny cios, tym razem był to karate cios. – Unik! – powtórzył Kyle – i ziarno pijawka – dodał. Sunkern bez problemu uskoczył, a w trakcie wykonywania skoku posłał na grzbiet Mankeya brązowe ziarenko, które w ułamku sekundy zarosło całego pokemona.
- Dokładnie tak! – ucieszył się Kyle. – A teraz nasienny pocisk! – Maneky był zbyt zajęty walką z naroślą, żeby zauważyć, że kolejny cios leci w jego stronę. Odleciał na parę metrów uderzając w drzewo. – Doskonale. A teraz słoneczny promień. – Mankey miał już dość, po raz kolejny wykonał krzyżowy cios i dzięki temu wyzwolił się z pułapki. Było już niestety za późno i kiedy zorientował się co dzieje się na polu pochłonęło go białe światło.

            Kyle nie czekał ani chwili wyrzucił przed siebie czerwony przedmiot. Pokeball pokiwał się chwilę i zastygł. Chłopak podbiegł do przedmiotu i podjął go z trawy.
- No to jeden z głowy. Jeszcze tylko dwa zadania i jakaś walka! – Uśmiechnął się triumfalnie. – Spisałeś się Sunkern. Przepraszam, że ostatnimi czasy zaniedbałem trochę twoje walki. Nadrobimy to! – powiedział pewnie. Maluch wskoczył mu tylko na ramiona.

            Po krótkiej przerwie na przekąskę (a w przypadku Heracrossa w przerwie na ucztę), Kyle ruszył dalej. Przemierzał las coraz wolniej. Zmęczenie dawało mu się we znaki. Do tego po upadku strasznie bolała go noga. Trener jednak nie tracił nadziei na zwycięstwo, ponieważ lotem Heracrossa nadrobili znaczną ilość czasu, a kolejnym plusem był fakt wypełnienia jednego z trzech zadań. Kyle otworzył pokedex by sprawdzić która jest godzina. Na jego szczęście minęło dopiero trzy godziny.

            Góra wydawała się być znacznie bliżej. Kyle co pewien czas wznosił się na grzbiecie Heracrossa by zobaczyć jak sytuacja się ma i czy przypadkiem nie zabłądzili. Las wydawał się już kończyć, przez co Kyle przyspieszył. Łudził się, że już jest przy kopalni. Niestety, kiedy tylko wyszedł z gęstwiny, ukazała mu się olbrzymia przepaść, na której dnie płynęła rzeka.
- To nie jest dla nas wyzwanie – uśmiechnął się spoglądając na Heracrossa. Patrząc na swojego podopiecznego wypatrzył niedaleko, sylwetkę chłopca trzymającego się pokemona ptaka. Leciał on nad przepaścią. Kyle szybko skojarzył fakty i był pewien, że to Kevin. Czyli już ich wszyscy go dogonili.

            Chłopak szybko otrzeźwiał i zrozumiał, że jego przewaga została już pomniejszona. Wskoczył na grzbiet swojego podopiecznego i wzbili się w powietrze.
- Heracross musimy tam dolecieć! Dasz radę? – zapytał wskazując na górę, która widniała przed nimi.
- Hera, Hera! – odpowiedział pewnie siebie pokemon.
- To super! Pokaż na co cię stać! – powiedział, a Heracross przyspieszył.

            W niecałe pół godziny znajdowali się już u podnóża góry. Dla Kyle była to świetna wiadomość. Raz bo nadrobił dużą ilość czasu, dwa wreszcie wydostał się z tego buszu. Wylądowali na kamiennym podłożu. Kyle ucieszył się, że udało się im to tak bezproblemowo w porównaniu do poprzedniego razu, który był dla nich bardzo bolesny.

            Zamiast zielonych drzew teraz, były tylko zarośnięte trawą tory, które prowadziły do olbrzymiej jaskini znajdującej się w środku góry. Dookoła groty porastała jedynie skąpa roślinność, a głównie przeważały skały i kamienie.

            Kyle przełkną jedynie ślinę i ruszył przed siebie, chociaż wizja wejścia samotnie do opuszczonej kopalni, nie była tak przyjemna, jak się mu to wydawało. Kiedy przekroczył tylko jej próg poczuł dreszcze. Miał ochotę uciec. Zastanowił się chwile i ruszył dalej.
- Sunkern słoneczny dzień! – Żółta kula oświetliła pomieszczenie. Jego oczom ukazała się kamienna grota. Na niektórych kamieniach Kyle zauważył kaski górników, pozostawione narzędzia, a nawet miejscami skrawki ubrań. Nie chciał wnikać, co też się tutaj stało. Dlatego przyspieszył kroku, by nie podzielić losu nieszczęśników.

            Długo nie musiał szukać. Już po chwili zauważył błyszczący przedmiot w jednej ze ścian. Ruszył przed siebie i zobaczył, że to coś połyskuje.
- No dobra Heracross – przerwał widząc tabliczkę.

Uciekaj zanim dopadnie cię gniew stali.

Kyle jednak nic nie robił sobie z tego ostrzeżenia. Skoro wysłali ich do tej groty, to nie mogło być, aż tak niebezpiecznie.
- No dobrze. Heracross łamacz murów! Wydobądź ten kamień – nakazał. Heracross bez problemu wymierzył celny cios, jednak kryształ ani drgnął. Zamiast tego Kyle usłyszał dziwne ryczenie, a całe pomieszczenie zaczęło się trząść. – Co do…

            Chłopak chciał już uciekać, ale trzęsienie było na tyle silne by wytrącić go z równowagi, kiedy się przewrócił, zobaczył jak sufit powoli zaczyna pękać. Momentalnie oderwał się większy głaz, który pędził w stronę Kyle’a. Ten zdołał jedynie się przeturlać, dzięki czemu uniknął śmierci. Głaz znajdował się parę centymetrów od niego. Trener wykorzystał go, aby podeprzeć się o niego, podczas próby wstawania.
- Co się dzieje? – zapytał się swoich podopiecznych. Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Tuż przed nim wyrósł olbrzymi złoty, metaliczny wąż.

            Kyle odruchowo wyciągnął pokedex nie odrywając wzroku od kolosa.

Steelix pokemon wąż typu stalowego i ziemnego. Steelix żyje w górach, gdzie drąży tunele. Za pomocą swojej silnej szczęki miażdży olbrzymie kamienie. Uwielbia przebywać głęboko pod ziemią. Steelix w większości jego ciało zbudowane jest ze stali, wyjątek stanowi shiny Steelix, jego ciało składa się ze złota.
- No dobra, możemy i ciebie złapać – powiedział Kyle. – Heracross łamacz murów. – Stworek doskoczył swojego rywala, jednak nie udało mu się zadać ciosu. Steelix był szybszy i pochwycił go w swoją szczękę, która zapłonęła. Poszarpał kilka razy swoim przeciwnikiem i wyrzucił go prosto w skałę. Zakończy to stalowym ogonem wbijając Heracorssa w kamienną ścianę. Po chwili pokemon opadł na ziemię nieprzytomny.

            Trener w tym momencie zamarł. Został mu tylko mały bezbronny Sunkern. Na pewno nie miał szans z takim kolosem. Kyle’owi jednak skończyły się już opcję, więc każda deska ratunku była dobra.
- Sunkern unikaj jego ataków i ziarno pijawka! – Sunkern dzięki słonecznemu dniowi bez problemu unikał stalowego ogona przeciwnika. Dodatkowo udało mu się posłać kilka ziaren pijawek na oponenta, co zwiększało jego siłę. – Świetnie – pochwalił Kyle, który odetchnął z ulgą. Myślał, że naprawdę już jest po nim.

            Niespodziewanie zaczął wiać silny wiatr, który zbierał ze sobą odłamki kamieni utrudniając warunki walki. Była to burza piaskowa, którą wywołał Steelix, aby łatwiej poradzić sobie z przeciwnikiem. Sunkern stracił na chwilę orientację. Słoneczny dzień nie był już tak efektywny, co zmniejszało prędkość trawiastego stworka. Steelix tym razem bez problemu wymierzył celny cios stalowym ogonem. Sunkern wyleciał w górę i uderzył prosto w Kyle’a, który przewrócił się łapiąc podopiecznego. Pech chciał, że trafił na jeden z kamieni swoją głową. Jeszcze przez chwilę słyszał jakieś ryki, trzęsienie ziemi, poczuł nawet ciepło, jednak nie wytrzymał i stracił przytomność.

            Czuł ogromny ból, na początku miał ochotę krzyknąć, ale myśl, że czuje ból napawała go spokojem. Żył, a to było najważniejsze. Po chwili zmienił zdanie, wolał jednak, żeby dobił go ten stalowy wąż. Ból który odczuwał był nie do zniesienia. Nagle poczuł coś mokrego na twarzy, zastanawiał się chwilę co też to może być. Aż wreszcie wyczuł, że jest to czyjś język. Chciał odskoczyć, ale zdołał jedynie wzdrygnąć się i otworzyć oczy. A jego oczom ukazał się zielony wesoły pyszczek, który przybierał nieco pomarańczowej barwy od rozpalonego ogniska. Kyle powoli podniósł się i zauważył jak Heracross dokłada trochę drewna do ognia, a Sunkern okładał jakimiś liśćmi jego rany na nogach.
- Co się stało?  -zapytał powoli się podnosząc. Kiedy przybrał pozycję siedzącą skrzywił się z bólu.
- Hera, Hera- zaczął tłumaczyć Heracross za pomocą mimiki. Najpierw uniósł swoje dłonie jakby chciał nastraszyć Kyle, potem przewrócił się i zamkną oczy. Wskazał na nowego towarzysza i zrobił swoimi ustami "o", jakby chciał coś wydmuchać. A potem znowu przybrał tą straszną pozę i zaczął uciekać.
- Chcesz powiedzieć, że Quilava przepędził Steelixa? – spytał się. Heracross pokiwał energicznie rogiem. – Dziękuję – powiedział Kyle. Quilava uśmiechnął się i zaczął się łasić do trenera. Heracross znając swojego trenera wyciągnął z jego torby czerwony przedmiot. Kyle bez problemu otworzył go, by upewnić się w swoim osądzie.

Quilava pokemon łaska typu ognistego. Z natury jest bardzo spokojny, jednak jeśli na jego głowie i grzbiecie pojawią się płomienie oznacza, że jest gotowy do walki. Jego płomienie osiągają nawet kilkaset stopni. Gatunek ten rzadko spotykany jest w dziczy. Pokemon ten głównie towarzyszy trenerom regionu Johto.

            Kyle sięgnął po torbę i wygrzebał resztki poke karmy. Dał ją małemu wybawicielowi, który bez problemu wsunął przysmak. Zaraz po zjedzeniu znowu zbliżył się do trenera, aby obdarować go kolejną porcją czułości i swojej śliny. Kyle pogłaskał go po głowie, delikatnie odsuwając go. Nie miał ochoty być obśliniony.

            Chłopak dopiero teraz zorientował się dlaczego płomień jest rozpalony. Nie byli już w jaskini, raczej na skraju lasu. Panował już zmrok. Czyli musiał bardzo długo leżeć tutaj, skoro wchodził jeszcze za dnia. Stracił bardzo dużo czasu i wciąż nie miał wypełnionych dwóch zadań. Do tego nie był w najlepszej formie. Jego ubranie nadawało się do wyrzucenia. Spodnie były poszarpane, a tam gdzie były dziury znajdowały się też małe zacięcia. Przypomniał sobie też, że upadł na kamień. Odruchowo złapał się za tył głowy. Poczuł ból, a kiedy cofnął rękę do siebie zobaczył nieznaczną ilość krwi. Cieszył się, że przeżył. Z torby wyciągnął podręczną apteczkę i zaczął się bandażować. W torbie zauważył też mały błyszczący przedmiot, był to wodny kamień.
- To wy? – zapytał spoglądając na pokemony, które pokiwały tylko głową. – Dziękuję.

            Zajął się opatrywaniem swych ran. Nie chciał żeby wdała się mu infekcja. Już i tak dużo dzisiaj wycierpiał, a co gorsza czekał go powrót i najlepiej żeby wrócił w przeciągu kilku godzin, bo nie będzie miał szans na zwycięstwo.

            Wiedział, że ma już ograniczone możliwości. Nie mógł forsować Heracorssa, który oberwał dzisiaj już, a on sam nie miał na tę chwilę siły, by przejść taką odległość. Musiał odpocząć i przespać się. Na pokedexie spojrzał się na godzinę. Była dopiero jedenasta w nocy. To nie późno. Mógł spokojnie jeszcze odpoczywać, aby wyruszyć o świcie.
- Dobrze, wyruszymy o piątej. Odpocznijcie sobie trochę, damy radę – powiedział nie do końca wierząc w to, ale co mu pozostało, oprócz ślepej wiary.

            Obudził ich świt, a raczej wyjący Quilava, który jako jedyny wstał bez problemu. Kyle zdziwił się, że maluch ich jeszcze nie opuścił. W końcu jest dzikim pokemonem, powinien wrócić do swojego otoczenia.
- Hej mały, dzięki za pomoc – powiedział Kyle patrząc na czas w pokedexie. – Coś czuję, że ty wcale się nigdzie nie wybierasz? – Stworek pokiwał głową. – Chcesz ze mną podróżować? – zapytał. Quilava jedynie odbiegł od niego i pogrzebał coś w torbie Kyle’a. Wyciągnął niebieski Greatball, który upuścił tuż przed sobą. Po chwili znikł w czerwonym blasku, a niebieski przedmiot, nawet nie drgnął.
- Serio, już to zrobiłeś? – zaśmiał się Kyle. Quilava wydawał się być bardzo towarzyski.

            Skoro poranek nastał Kyle postanowił wyruszyć. Szedł powoli wspierając się na Heracrossie. Było to zdecydowanie zbyt wolne tempo. Kyle nie mógł sobie pozwolić na takie opóźnienie, jeśli chciał się jeszcze liczyć w tym wyzwaniu. Na szczęście bez problemu przemierzyli przepaść. Tym razem nie zauważył nikogo z podróżników. Obawiał się, że im też mogła się przydarzyć taka historia.

            Z godziny na godzinę polepszała mu się kondycja. Coraz szybciej szedł, lecz to nie było wystarczające tempo. Wybiła właśnie godzina dziewiąta, a on był w połowie drogi.
- Heracross jak się czujesz? – zapytał się.
- Hera, Hera – próbował wykrzesać z siebie entuzjastyczny okrzyk, lecz nie wyszło mu to najlepiej.
- Dobrze, przejdziemy się pieszo. I tak zrobiliśmy dużo, wypełniliśmy wszystkie trzy zadania – powiedział usatysfakcjonowany. Heracross opadł z siły, już nie starał się udawać . – Odpocznijmy – wskazał na drzewo. Heracross zaprotestował. Podleciał w górę i zaczął zataczać kółka.
- Myślisz, że dasz radę? – zapytał.
- Hera, Hera! – wykrzesał z siebie okrzyk.
- No to niech ci będzie – mruknął martwiąc się o swojego podopiecznego.

            Szybowali już nad lasem. Kyle czuł, że nadrabia stracony czas. W środku czuł jednak dziwny spokój. Był usatysfakcjonowany, ponieważ dał radę i wykonał zadanie, może czasowo się nie wyrobił, jednakże dał z siebie wszystko dosłownie.

            Tak jak myślał zabrakło mu piętnastu minut. Był już kwadrans po jedenastej, kiedy wylądował niezgrabnie na swoim podopiecznym. Zrobili jeszcze kilka koziołków na ziemi i wreszcie się zatrzymali tuż u stóp Mike’a.
- Witam, witam, spóźniliście się, także no wiecie. A jak zadanie? – Zapytał. Z pokeballa uwolnił się Quilava, który wyciągnął z torby niebieski kamień.
- A tu masz Mankeya – dodał Kyle.
- O zaskoczyłeś mnie. Co ci się stało? – zauważył poszarpane ubranie.
- Ta kopalnia nie jest taka opuszczona. Złoty Steelix mnie zaatakował! – jęknął.
- Złoty? – zdziwił się.
- Tak!
- Następnym razem czytaj tabliczki. To było wejście do przeklętej groty. Miejsca skąd górnicy uciekli po katastrofie sprzed dwudziestu lat. Podobno zaatakował ich złoty Steelix. Ten Steelix jest legendą. Kiedy powstawało Goldenrod City powstała olbrzymia kopalnia złota, dzięki której jej założyciel czerpał środki na rozwój miasta i nie tylko. Nie trwało to długo, bo z głębi ziemi wyłonił się złoty Steelix niszcząc wszystko – tłumaczył. – Rzecz jasna nikt nie traktował tego na serio, stąd zaczęto wydobywać kamienie ewolucyjne, no i to był najgłupszy pomysł. Wiele ludzi straciło życie. To cud, że żyjesz!
- Naprawdę wysłałeś nas w takie miejsce?! – Oburzył się Kevin. – A co jak ja bym tam poszedł.
- Nie spodziewałem się, że jesteście tak zdolni żeby tam trafić. Rzadko komu się udaje tam trafić – wymamrotał.
- Ciekawe gdzie Philip – zauważyła Caroline.

           Blondyn wciąż był nieobecny, a mijały już kolejne minuty. Mike machnął jedynie ręką.
- Spóźni się, w innym przypadku przyleciałby Pidgey – powiedział.
- Tak jasne, bo jak ja straciłem przytomność, to dostałem tak fachową pomoc – wycedził Kyle.
- Straciłeś przytomność? – zmartwiła się Caroline i dopiero teraz zauważyła plaster na tyle głowy. – Powinieneś iść do lekarza.
- Spokojnie, pójdę. Jak miałoby się coś dziać, to już by się mi stało – powiedział.

            Wszyscy oczekiwali na przybycie Philipa, który po godzinie spóźnienia wyłonił się z buszu. Potknął się o jeden z wystających korzeni i wywinął orła. Na początku wszyscy się zmartwili i do niego podbiegli. Kiedy zobaczyli śmiejącego się Pikachu, uspokoili się.
- Nic mi nie jestem – dał znak życia, podnosząc dłoń z ziemi. – A tutaj mam zdobycze! – Pokazał pokeballe i czerwony kamień.
- No to już wiemy wszystko. Caroline i Kevin zmierzą się o Metal Coat. Bo taka jest nagroda. Kamienie ewolucyjne rzecz jasna należą do was – oznajmił.

            Po paru minutach kiedy wszyscy doszli już do siebie, Caroline i Kevin stanęli naprzeciw siebie. Po środku stanął Mike, który następnie odsunął się na bezpieczną odległość. Wszystko obserwował Kyle i Philip, którzy cieszyli się tym, że przeżyli. Philip nie był stworzony do takich przygód.
- Zasada, jeden na jednego. Możecie użyć tylko złapanego pokemona. Powodzenia – powiedział.
- Wybieram ciebie Teddiursa. – Na polu walki pojawił się brązowy miś z żółtym księżycem na głowie.
- Wybieram ciebie Cubone. – Po przeciwnej stronie pojawił się brązowy stworek z czaszką na głowie i kością w ręku.



Cubone pokemon dinozaur typu ziemnego. Na głowie nosi czaszkę i trzyma w łapce kość. Prawdopodobnie ma je po swoim zmarłym rodzicu. Cubone jest bardzo aspołecznym pokemonem i spotkać go można jedynie nocą. Zamieszkuje tereny skalne, gdzie może chować się w małych jaskiniach.
- Teddiursa zaatakuj go urokiem – powiedziała Caroline.
- Nie ma szans! Cubone bumerang! – Pokemon zamachnął się kością i wyrzucił ją, pierwsze uderzenie było celne i zatrzymało na chwilę Teddiursę, który zaczął od początku swój atak.
- Unik! – krzyknęła Caroline, ale kość już zdążyła wrócić.
- To będzie naprawdę szybkie. Taran! – nakazał. A Cubone zaczął biec z największą prędkością, jaką mógł osiągnąć.
- Lizanie! – rozkazała Caroline, widząc że jej pokemon nie jest najszybszy. Teddiura zdołał polizać przeciwnika i go sparaliżować. Niestety sam też oberwał Taranem. – Wykorzystajmy to! Udawany atak!
- Nie ma mowy. Cubone bumerang! – Pokemon nie mógł ruszyć się z miejsca, ale bez problemu rzucił kością i trafił dwa razy celnie. To wystarczyło by powalić pomarańczowego misia. Caroline zdołała do niego podbiec.
- Byłeś świetny – powiedziała uśmiechając się do malucha. – Potrenujemy jeszcze.


            Mike ogłosił wynik. Kevin wygrał całe wyzwanie i otrzymał Metal Coat, plus oczywiście całą resztę. Mike odebrał Mankeye od każdego i pogratulował trenerom za wypełnienie każdego zadania. Odwiózł ich pod szpital, gdzie mogli opatrzyć swoje rany, a potem wszyscy udali się do centrum pokemon, gdzie wreszcie mogli odpocząć.
   ___________
Od Autora:
Dzisiaj będzie pełno błędów, wiem to. Starałem się jak mogłem, ale napisałem tego tak dużo, że ciężko było to jeszcze raz sprawdzić. 12 stron w wordzie. Stąd też taki poślizg czasowy. Zeszło mi się trochę z tym plus brak weny na pisanie czasem. Spisanie reguł Mike'a było naprawdę długie i wciąż jest kiepskie. No ale.

Rozdział mocno przesycony akcją, ale tak miało być. Trochę odskoczni od życiowych tematów. A w następnym rozdziale konkurs koordynatorski. To tyle spoilerów. 

Pozdrawiam!

XII. When the night meets day.

XII. When the night meets day.

            Zawył największy z dzikich psów i ruszył przed siebie, a za nim sfora. Kyle przyglądał się całej sytuacji, czekając na pewną śmierć. Dzikie psy pędziły z zawrotną prędkością. W ostatniej chwili srebrny błysk powalił największego z napastników. Jego towarzysze zwolnili, nie wiedząc co się stało.
- Wigglytuff, jeszcze raz księżycowy promień! - Krzyknęła dziewczyna. Kyle ożywił się i spojrzał w stronę z której dobiegał ów głos. W tym czasie kolejny srebrny promień pomknął w stronę lidera watahy. Wilczur zawył, a jego podopieczni zwrócili się w stronę rudowłosej trenerki, która stała nieopodal.

            Kyle obserwował wszystko stojąc z boku. Zdawał sobie sprawę z faktu, że mógł nawiać, ale ciekawość znowu wygrała. W tym czasie sfora młodych wilków ruszyła w obronie swojego lidera.
- A więc tak się bawimy - skomentowała krótko dziewczyna. - Wigglytuff wodny puls. - W łapkach różowego stworka pojawiła się niebieska kula, którą pokemon rozbił przed pędzącą grupą psów. Kula rozbijając się o podłożę wyzwoliła potężną falę, która zmyła wściekłe wilczury. Ich przywódca jednak nie chciał dać za wygraną. Podniósł się, wciąż gibając się na czarnych nogach i zawarczał gniewnie. Poderwał się do biegu. - Mało Ci jeszcze? - wycedziła. - Wigglytuff poczęstuj go jeszcze raz księżycowym promieniem.

            Srebrny promień poszybował w stronę wilka, ten jednak z łatwością ominął promień i ugryzł Wigglytuff swoimi kłami, które w chwili ukąszenia zajaśniały na żółto. Różowy stworek jękną z bólu.
- Toczenie! - Różowy stworek zwinął się w kulkę, uwalniając się przy tym spod elektrycznego uścisku białych kłów. Najpierw oddalił się w odpowiednią odległość, a potem zaszturmował na przeciwnika. Wilczur widząc co się dzieje wyzwolił strumień ognia. Słup ognia zetknął się z różową kulą. Nie był on efektywny. Płomień rozpadł się na wszystkie strony, tworząc pięcioramienną gwiazdę. Po chwili cios zadany przez Wigglytuffa był ostatnim przed utratą przytomności przez napastnika. Dziewczyna wyciągnęła pokeball i rzuciła w stronę pokemona. Po chwili ruszania się pokeball zastygł.

            Tajemnicza trenerka ruszyła w stronę nieznajomego, którego przed chwilą uratowała. Uśmiechała się do niego, chociaż była przygotowana, że za chwilę będzie musiała uciekać przed nim.
- Dzię... dziękuję - wydukał Kyle po chwili.
- Nie ma sprawy, chociaż - zatrzymała się - jakim cudem się tutaj znalazłeś? - Zlustrowała go od stóp, aż po czubek głowy.
- Powiedzmy, że po dobrej imprezie zamarzył się mi spacer - odpowiedział powoli dochodząc do siebie. - Tak w ogóle jestem Kyle - podał dłoń i uśmiechnął się blado.
- Miło poznać. Jestem Caroline - odwzajemniła uścisk. Kyle przyjrzał się jej uważnie. Jej rude włosy, były niczym ogień. Zielone, wręcz szmaragdowe oczy lśniły w blasku księżyca. Dziewczyna miała jasną cerę, co świetnie współgrało z jej różanymi ustami. Wyglądała jakby również wracała z dobrej imprezy. Buty na wysokim obcasie, krótka spódniczka i obcisły top.
- Widzę, że nie tylko ja się bawiłem - zaśmiał się.
- Już ci do śmiechu? - przypomniała, po czym zaśmiała się.
- Żyję, czemu miałbym się nie cieszyć?
- A co jeśli jestem seryjnym mordercą - rzuciła chowając dłoń za plecy.
- Celuj w głowę, nie chcę, żeby bolało - odpowiedział nie martwiąc się groźbą.
- Eh, taki to nawet nie da się pobawić – żachnęła, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

            Kyle uniósł dłoń, jakby chciał ją zatrzymać i wreszcie poruszył swoimi dolnymi kończynami, aby dotrzymać jej kroku.
- Poczekaj, nie zostawiaj mnie! – krzyczał, pędząc za nią.
- Gdzie ci prawdziwi faceci. Same tchórze zostały – skomentowała zachowanie nowego znajomego. – Ale dobra możesz się do mnie przyłączyć, zawsze możesz robić za ofiarę.
- Nie jestem zbyt mięsisty, wątpię, że rzucą się na mnie – powiedział. Dziewczyna zaczerwieniła się i zacisnęła pięści słysząc to.
- Czyli, że ja jestem gruba? – zawarczała. A Kyle poczuł, jakby po raz kolejny tej nocy został rzucony wilkom na pożarcie.
- Nie, ależ skąd. Kobiety – mruknął pod nosem.
- Jeśli myślisz, że nie słyszałam tego ostatniego -  nie dokończyła, tylko ruszyła przed siebie.
Kyle szybko dogonił trenerkę i różowego pokemona. Przez chwilę panowała cisza. Kyle nie wiedział o czym mógłby porozmawiać, poza tym dopiero teraz uświadomił sobie stopień zagrożenia, w jakim znalazł się przed chwilą.
- Coś nie tak? - spytała nie będąc pewna czemu chłopak ją tak lustruję.
- Przepraszam, czuję że skądś cię znam, ale nie mogę sobie przypomnieć – powiedział, dalej ją lustrując.
- Cóż jestem koordynatorką, może z telewizji? - Zasugerowała potrząsając głową. Kyle od razu przestał się jej przyglądać.
- Czekaj. Byłaś w Floruse Village? - Wreszcie sobie przypomniał.
- Jakieś dwa, trzy tygodnie temu. A co? - zapytała.
- Walczyłaś z Alice Grey. Moją przyjaciółką -  zawahał się. - A raczej znajomą –poprawił się. - No i chyba wygrałaś tamten trawiasty turniej.
- Tak, tak to ja. Czyżbyś był moim fanem - powiedziała przykładając dłoń do swojej klatki piersiowej.
- Największym - powiedział ironicznie. Dziewczyna zmroziła go wzrokiem.
- Od teraz będziesz. Uratowałam ci tyłek!
- A może nie potrzebowałem ratunku -  odpowiedział szczerząc swoje kły.
- Dobre. Nie mając pokemonów, uciekłbyś im na tych niemrawych nóżkach - powiedziała unosząc głowę w triumfalnym akcie.
- Proszę cię - prychnął. - Przebiegłbym to całe miasto.
- A to dlatego tak stałeś. Chciałeś mieć większe wyzwanie, a ja już myślałam, że jesteś samobójcą - powiedziała śmiejąc się.
- Nie, podziwiałem ich białe kły - stwierdził z ironią.

            Oboje roześmiali się. Kyle czuł się swobodnie w jej towarzystwie, a Caroline była po prostu bezpośrednia. Życie doświadczył ją na tyle, by czuć się pewną siebie. Nie miała problemu z zawiązywaniem nowych znajomości i gadaniem o bzdurach. Już tyle przerobiła takich sytuacji, że nic nie było jej obce.
- Może odprowadzę cię do centrum pokemon? - zaproponował Kyle.
- A skąd wiesz, że tam idę? - Spojrzała na niego podejrzliwie.
- Jesteś podróżniczką, ja też, stąd -  wyjawił.
- Widzę, że jesteś inteligentny. Przynajmniej tyle, bo instynktu samozachowawczego ani trochę - wytknęła.
- Oj tam instynkt. - Machnął dłonią. - Idziemy? - zapytał.
- No dobra - powiedziała niechętnie.

            Szli przez chwilę nie odzywając się do siebie. Dziewczyna uśmiechała się, a Kyle znowu poczuł gorąco, tym razem był zawstydzony.
- Przyzwyczajenie? - zadała to pytanie po chwili marszu.
- Ja już tak mam. Lubię włóczyć się nocą sam. Z daleka od cywilizacji - wytłumaczył.
- Typ introwertyka? - spytała.
- Na swój sposób. - Caroline przyjrzała się mu pytająco. - Po części jestem introwertykiem, ale lubię spędzać czas z ludźmi.
- Niech zgadnę - przerwała. - Lubisz rozmawiać z ludźmi, ale swoje życie prywatne trzymasz z dala od nich. Inaczej rzecz ujmując, jeśli chodzi o twoje emocje i przemyślenia, to jest twoja sprawa. Jeżeli chodzi o gadanie i inne, to uwielbiasz się udzielać. Chyba tak chciałam to ująć - spojrzała się w gwiazdy.
- Powiedzmy, że tak. Nie wiem, są rzeczy które wolę, by pozostały dla mnie - stwierdził. - Nie, że jestem skryty, po prostu czasem ciężko jest mi mówić otwarcie o tym co mnie gryzie. Rzadko się mi to udaje. A u Ciebie jak jest? - zapytał zaciekawiony.
-  U mnie? - zastanowiła się. - U mnie, to kwestia humorków i innych. Raczej jestem ekstrawertyczna, choć fakt nie lubię przelewać na ludzi swoich emocji i staram się je dawkować. Aczkolwiek nie mam problemu, żeby powiedzieć komuś co czuję. Chyba nieźle się sparzyłeś w życiu?

            Kyle przez chwilę zastanowił się nad tym. Pomyślał o przeszłości, o jego relacji rodzicami, przyjaciółmi, znajomymi i skinął głową.
- Może nie tyle co sparzyłem, a raczej to co czułem nie było ważne - odpowiedział.
- Więc nauczyłeś się to spychać - dokończyła.
- Tak. Można by tak powiedzieć. Uczono mnie być facetem - wyjawił.
- Twardym i bez emocji - zaśmiała się. - Nie rozumiem tego. Dlaczego facet ma być twardy jak Golem, a kobieta miękka jak Mareep? Przecież jest tyle czynników, które wpływają na nasz charakter, ale ludzie i tak muszą wszystko zaszufladkować - zastanowiła się.
- Szufladkowanie pomaga nam zrozumieć jak funkcjonuje świat. Można zwariować przecież - powiedział.
- A tobie pomaga szufladkowanie? Bo mi nie - odparła zdecydowanie.
- Tak, łatwiej jest mi zrozumieć innych. Jestem bardziej wyrozumiały, mniej się denerwuję - zaznaczył to ostatnie.
- A mnie nie. Szufladkowanie jest takie proste. Ja po prostu kogoś poznaję i czytam go niczym książkę. Nie lubię streszczeń. Zdecydowanie wolę przekręcać kartkę po kartce, nawet jeżeli książka ma tysiąc stron - wytłumaczyła uśmiechając się.
- Po przeczytaniu i tak wyłapujesz to co mogłaś mieć w streszczeniu - stwierdził.
- To mam cię uznać za samobójcę, egocentryka? - skomentowała ironicznie. - A ja kim jestem? Tanią laską, z różowym pokemonem? - Spojrzała się na niego wymownie. Wigglytuff nadął się słysząc komentarz opiekunki. - Przepraszam - rzuciła w stronę stworka.
- Nie, jeszcze chyba nie umiem określić – odpowiedział. – Nie jestem tym typem, który rzuca osądy bezpodstawnie. Muszę cię poznać, trochę zrozumieć.
- Zrozumieć, a to dobre. Biorąc pod uwagę twoje szufladkowanie, myślisz, że jesteś w stanie zrozumieć kobietę? Typowy facecie – zarzuciła.

            Kyle nie potrafił na to odpowiedzieć, jedynie uśmiechnął się. Brakowało mu takich konwersacji, rzadko kto myśli o poważniejszych rzeczach. Wszyscy są tak bardzo powierzchowni, nie przywiązują uwagi to rzeczy większych.
- Lubię wyzwania – powiedział, uśmiechając się łobuzersko.
- Spokojnie mam czas, mamy całą noc – zakomunikowała spoglądając na srebrny zegarek na swojej dłoni.
- Aż tak poznawać cię nie chcę – zaśmiał się.
- Mam zasady! Najpierw pocałunek potem wymiana imion – zażartowała.
- No to źle zacząłem – powiedział nieświadom jak to brzmi. Caroline tylko zachichotała. A Kyle zarumienił się, przybrał wręcz purpurowy odcień.
- Oj ty amancie – powiedziała kręcąc głową i wciąż śmiejąc się.

            Jeszcze chwilę maszerowali, aż dotarli do centrum miasta, gdzie Caroline siadła na schodach prowadzących do jakiegoś starego muzeum.
- Odpocznijmy – powiedziała już siedząc na jednym ze stopni.
- Dobra – poparł.
- Jesteś trenerem pokemon? – zapytała.
- Tak, pochodzę z Azalea Town – udzielił informacji. – Zacząłem podróż, no cóż, miesiąc temu.
- Miesiąc temu? – zdziwiła się. – Przecież ty masz tak koło dwudziestki? – spytała przyglądając się mu uważnie.
- Ech, aż tak źle nie jest. Osiemnaście, skończone osiemnaście – podwoił jakby chciał jej wbić to do głowy.
- Zabawne, mam tyle samo lat – uśmiechnęła się.
- A skąd jesteś? – zapytał.
- Ja? Jestem z  Hoenn, z Mauville City – oznajmiła.
- Z Hoenn? Co cię tu przywiało?
- Mój pierwszy konkurs koordynatorski.
- Twój pierwszy – zakrztusił się.
- Tak, wcześniej byłam trenerką. Ale może teraz ty się sobą pochwalisz – powiedziała, gładząc po głowie swojego różowego podopiecznego.
- A co chciałabyś wiedzieć? – spytał nie do końca wiedząc, co mógłby o sobie powiedzieć.
- Czemu tak późno zacząłeś podróż?
- Wcześniej chodziłem do szkoły. Musiałem ją ukończyć, znaczy nie musiałem, ale taką sobie drogę wybrałem. A raczej rodzice mi wybrali – powiedział gubiąc się w słowach. – Tak czy siak postanowiłem wyruszyć, przynajmniej tak na rok, żeby zobaczyć czy się do tego nadaję.
- Serio? Wybrałeś się, żeby się sprawdzić? – zapytała z niedowierzaniem.
- Dobra, powiedzmy że mam takie ultimatum. Albo coś osiągnę w lidze, to znaczy się do niej dostanę, albo…
- Albo czeka cie przeciętna kariera – dokończyła uśmiechając się.

            Kyle spojrzał się na nią jakby popełniła zbrodnie. Naprawdę nie potrafił jej określić, a myślał, że Alice jest problematyczna. Chociaż tego o Caroline nie mógł powiedzieć. Była skomplikowana, ale urocza w tym. I nie wydawała się być nieokreślona emocjonalnie.
- No nie patrz się tak na mnie, ja też potrafię myśleć – zaznaczyła doniosłym głosem.
- Zaskakujące, nie spodziewałem się – zażartował, sprzedając jej sójkę w bok.
- A mama nie uczyła cię, że kobiet się nie bije – powiedziała oburzona.
- Przepraszam! – odpowiedział szybko.
- Wyluzuj – zaśmiała się. – Już nie ma Houndourów – uspokoiła.
- Jesteś ty, też masz zęby – zauważył.
- Ja już swoje zabiłam. – Spojrzała dumnie na pokeball.

            Caroline cieszyła się jak małe dziecko spoglądając na nową zdobycz. Może nie był to jej pokemon marzeń, czy którego planowała złapać, ale każdy nowy członek jej drużyny jest mile widziany.
- Więc – zaczął nieśmiale Kyle. – Pochodzisz z Hoenn, masz tyle samo lat co ja i to twój pierwszy konkurs koordynatorski. Co robiłaś wcześniej? – zadał to pytanie. Dziewczyna jeszcze przez chwilę nie odrywała wzroku do swojego pokeballa.
- Muszę odpowiadać? – zapytała nie spoglądając na rozmówcę.
- Jeśli to jest zbyt ciężkie dla ciebie…
- To nie jest ciężkie – wtrąciła. – Nie wiem, po prostu to co było zostawiam za sobą. Ale muszę ci powiedzieć, że jesteśmy podobni pod wieloma względami, z tym że ja jestem do przodu.
- Tak. Oboje jesteśmy egocentrykami – skomentował.
- Właściwie to tak – przyznała. – Mnie też rodzice zmusili do wybrania, tej „odpowiedniej” drogi – zasygnalizowała cudzysłów. – Oj dużo czasu mnie to kosztowało. Mała dziesięciolatka włócząca się po olbrzymim świecie. Mój ojciec zawsze marzył o synu, który pójdzie w jego ślady i wyruszy w podróż zdobywając prestiżowe nagrody, trofea, tytuły i te inne bzdury. Pech chciał, że miał dwie córki. A że byłam najstarsza, to oczywiście ode mnie wymagano najwięcej – przyznała.
- Musiało być ciężko, ja gubię się mając osiemnaście lat – dodał.
- Gubisz się? – Spojrzała na niego pytająco.
- Tak jakby – zatrzymał się, by pomyśleć jak to powiedzieć. – Nie wiem czy dam radę, czy świat nie ma racji, a może nie jestem do tego stworzony, może się oszukuję i takie tam – cedził.
- A chciałeś tego?
- Raczej tak.
- A wolałbyś spędzać wakacje tak jak zawsze?
- Nie.
- Masz swoją odpowiedź -  powiedziała. – Wiem jak czasami trudno jest określić swoje emocje, też tak miałam. Ale jeśli czegoś chcesz i się tego podejmujesz, to już osiągasz jakiś sukces. Ciężką pracą dopniesz swego. Jesteś na samym początku nie warto się poddawać.
- Tylko po co marnować czas -  stwierdził. Dziewczyna zdzieliła go po głowie.
- Oczywiście. Na życie tracisz czas. Te osiem lat nauczyły mnie jednego. Żyjesz dla siebie, żyjesz tu i teraz. Nie żyjesz dla kogoś, dla czegoś, dla przeżycia. Skoro masz to życie, to powinieneś się nim cieszyć i walczyć. Nawet jeśli co chwilę wiatr wieje w oczy, ty powinieneś przeć do przodu. Co masz do stracenia? Zawsze warto walczyć i próbować. Najbardziej boli nie mieć czegoś- tłumaczyła.

            Kyle zgadzał się z jej poglądami. Były logiczne i miały jakieś podstawy. Sam nie odnajdował się w swoim świecie i swojej logice. Cały czas zatracał się w marazmie i walce z samym sobą. Po raz kolejny pokrył ich blask księżyca, który właśnie wyszedł zza chmur.
- Najgorsze, że masz rację – powiedział krótko.
- I co w tym złego? – zapytała.
- Właśnie to. Masz rację, a  ja nie potrafię sobie tego uświadomić. Cały czas w tym wszystkim tkwię, zamiast zacząć żyć – opowiedział zaciskając pięść.
- A czego się spodziewasz? – zapytała retorycznie. – Jesteś tak zaprogramowany. Miała tak samo, no może nie tak samo, bo każdy przypadek jest inny, ale bardzo podobnie – podkreśliła. – Moi rodzice wysłali mnie w podróż. Błąkałam się po Hoenn przez pierwszy rok. Osiem odznak zdobyłam po dwóch latach, bo nie radziłam sobie kompletnie z walkami. W lidze od razu odpadłam. Kolejny rok spędziłam w Sinnoh, dostałam się do rozgrywek, ale błyskawicznie odpadłam, postanowiłam wystartować drugi raz, przy okazji zajęłam się badaniami w tym regionie. Trochę się dowiedziałam, miałam odskocznie – uśmiechnęła się wspominając dobre czasy. – Wystartowałam znowu i dostałam się do pierwszej ósemki. Oczywiście rodzice wreszcie byli ze mnie dumni, a ja wciąż czułam się zmęczona. Pojechałam do Kanto, tam zajęłam drugie miejsce i wiesz co?
- Co ? – zadał to pytanie z grzeczności.
- Nie czułam satysfakcji. Wtedy zrozumiałam jedno. Nie ważne jaki tytuł zdobędę co wygram. Jeżeli to nie będzie tego czego chcę, to nigdy nie będę szczęśliwa. Mogę uszczęśliwiać ludzi przez całe życie i być dzięki temu szczęśliwa, ale prędzej czy później będę przez to cierpieć. Rozumiesz? – Kyle nie potrafił przestać słuchać, poczuł, jakby ktoś mówił o nim.
- A co robiłaś przez kolejne trzy lata?
- Poszłam do szkoły, chciałam nadrobić wiedzę i mieć zawsze jeszcze jedną opcję do wyboru- oznajmiła. – No a potem zdecydowałam się na podróż po Johto, żeby sprawdzić się jako koordynatorka, którą chciałam zostać od zawsze. Wiesz te kobiece sprawy – dodała przewracając oczami.
- Wow! – wypowiedział z podziwem. – Podziwiam cię, za optymizm. Tyle lat podróżowałaś tyle przeżyłaś.
- I nie żałuję! – ubiegła rozmówcę. – Naprawdę, żałowałam kiedyś, ale nauczyłam się iść do przodu. Czerpać z życia co najlepsze. Nie chodzi o to, by być na szczycie, na dole. Nie chodzi o to, żeby ludzie cię kochali i podziwiali. Chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Jeśli ty jesteś szczęśliwy, jesteś w stanie zrobić więcej.
- Potrzebuję chyba takiego spojrzenia -  przyznał.
- I ono przyjdzie, na razie się tego boisz. Daj sobie czas, pozwól sobie popełniać błędy, pozwól sobie żyć – uśmiechnęła się do niego.

            Kyle dopiero teraz poczuł, jak wszystkie negatywne emocje pozostawiają jego ciało w spokoju. Tego trzeba mu było szczerej rozmowy z kimś doświadczonym. Miasto zaczęło się rozjaśniać, nad wschodnią częścią pojawił się żółto-zielony łuk, który spychał granatową barwę nieba w stronę zachodnią.
- Już świta? – spostrzegła Caroline.
- Chyba się nam przedłużył trochę ten powrót – skomentował Kyle.
- Trochę, to mało powiedziane. Jutro o dziesiątej muszę być na nogach, może ruszymy już do centrum? – zaproponowała spanikowana.
- Jasne, ja też muszę wstać rano, czeka mnie ciężki dzień – westchnął.
- Trening?- Kyle jedynie skinął głową na to pytanie. – Współczuję, chociaż nie jestem w lepszej sytuacji.
- Nie będziesz trenowała z tyranem.
- Przecież sama nim jestem – zażartowała.
- No tak w końcu w wieku dziesięciu lat już zaczęłaś mordować – zaśmiał się Kyle.
- Hej! – krzyknęła. – Wtedy dopiero zaczęłam torturować pokemony – zaprotestowała.

            Kyle i Caroline nie przestali rozmawiać aż do powrotu do centrum pokemon, gdzie rozeszli się w swoje strony. Najzabawniejsze było to, że zastała ich siostra Joy, która dopiero co wstała. Nie skomentowała zachowania młodych trenerów. Sama kiedyś była młoda. Chociaż faktycznie przepadała ona za odpowiedzialniejszymi trenerami, no ale cóż, dopóki nie widzą ich dziesięcioletni trenerzy, to mogą sobie robić co tylko chcą. Byle nie dawać złego przykładu młodzieży.

            Kyle położył się no swoim łóżku tuż po małej konfrontacji z Poliwhirlem, który był wyraźnie niezadowolony z faktu, że jego opiekun dopiero wrócił. Kyle nie potrafił zasnąć, myślał jeszcze chwilę o rozmowie z Caroline i o samej Caroline. Nie potrafił sobie jeszcze tego wszystkiego zakodować, przestawić swój tok myślenia. W drugim skrzydle pokoi sypialnych leżała Caroline spoglądająca się w okno. Też zaczęła myśleć intensywnie na temat tego co przeszła, co przyniesie przyszłość i o całych tych bzdurach z przeznaczeniem, z których kiedyś sama się śmiała, a teraz miała ochotę w to uwierzyć.     


________
Od Autora:

Cześć!

Nikogo nie uśmierciłem! Za to powstał zupełnie nowy inny wątek, który z czasem może się rozkręci. To się jeszcze zobaczy. Mam nadzieję, że was nie zanudziłem, lubię takie klimaty debatowania gdybania. Chociaż nie wyszło tak jak chciałem. Odniosłem faila. Ale było przynajmniej krótko.
Na następny rozdział mam już pomysł, chodzi za mną już od dwóch tygodni. Będzie dużo pokemonów, dużo łapania i ogólnie akcji. Trzeba nadrobić trochę, a poza tym niebawem turniej walczących pokemonów i jeszcze coś, ale zobaczycie w swoim czasie.

A i dziękuję wszystkim za komentarze i ankiety. Dzięki wam mam jeszcze większą ochotę tworzyć! Szczególne podziękowania dla Nathaly, Anneti i Michała ;) Dziękuję również tym którzy śledzą na bieżąco mojego bloga :)
Pozdrawiam!!!

XI. Confessions on the dancefloor

XI. Confessions on the dancefloor!

            Ha ha! Dobre, a myślałem, że tak kończą tylko w horrorach. Nie ma to jak spoglądać śmierci prosto w oczy. Dosłownie! Swoją drogą są wyjątkowo czarne, ale cóż to nie one mnie zabiją, tylko te białe kły.

            A może jednak mnie oszczędzą? Może to tylko upomnienie? Żebym wreszcie wziął się w garść i walczył dalej. Kogo ja oszukuję, właśnie tutaj zginę. Ironia, jeszcze raz ironia.
            Bo kto ginie, chcą się zrelaksować? Najnormalniej w świecie odpocząć od świata. Z drugiej strony to też jakiś odpoczynek. Ale nie chciałem od tego wszystkiego odpocząć wiecznie! Proszę niech ktoś mnie uratuje, ja jeszcze nawet nie zacząłem żyć!

            A może by tak zacząć biec? No tak, bo jestem szybszy od nich, zapewne. Nawet dla siebie jestem ironiczny. No nic, mam nadzieję, że jakimś cudem stracę najpierw głowę, nie chcę czuć jak mnie rozrywają.

            Ruszyli! A czas ruszyć, no zrób, że coś! Mózgu myśl!
*****
Kilka godzin wcześniej.
*****


            Philip wrócił właśnie od Whitney, był bardzo zmęczony po rewanżu. Wtem jego oczom ukazał się Kyle, który właśnie schodził do holu. Ciemna koszula, z noenową, niebieską kieszenią i guzikami tej samej barwy, przyciągały uwagę. Philipowi podobał się ten strój, lecz nie miał pojęcia czemu Kyle się tak ubrał. Po chwili już był koło niego.
- Cześć – przywitał wymuszonym uśmiechem. – Jak Ci poszło u Whitney? – Zadał to pytanie jakby od niechcenia.
- Cześć – odparł nieco zaskoczony – Udało się! – Odchylił swoją kamizelkę, pokazując dwie odznaki doszyte do ubrania.
- Gratuluje – powiedział nie wyrażając większego entuzjazmu, choć normalnie pewnie by go poczuł.
- Czy coś się stało? – spytał się Philip. – Nie zachowujesz się do końca normalnie – wypalił, nie ważąc słów.
- Nie – powiedział wysokim głosem. – Ja po prostu – przerwał szukając w głowie logicznego wytłumaczenia. – Po prostu. Ja chcę się bawić – powiedział bez większego przekonania. Zniżając ton. Philip przyjrzał mu się dokładnie. Miał już ochotę coś powiedzieć, ale nabrał tylko powietrza w płuca. – Przyłączysz się? – zaproponował blondynowi. Sam nie miał ochoty za bardzo wychodzić, nigdy tego nie robił w pojedynkę. Zawsze u boku miał Alice, jednak jej już nie było.
- Tak, jasne! – ożywił się. Philip uwielbiał imprezy, zawsze potrafił świetnie się bawić i nigdy nie odmawiał. On lubi kiedy coś się dzieje, a teraz w szczególności tego potrebował. – Tylko pójdę się przebrać –dodał.

            Kyle udał się w stronę wyjścia, aby usiąść na brązowej sofie, znajdującej się tuż przy oknie. Philip w tym czasie wraz z Pikachu udali się do siostry Joy. Trener pozostawił swoje pokemony po ciężkiej walce, a potem udał się do swojego pokoju.

            Ciekawość nie dawała mu spokoju. „O co chodzi Kyle’owi? Przecież to nie on?  A przynajmniej takiego go nie znałem. Myślałem, że on jest raczej typem, który raczej unika zabawy, a skupia się na wykonaniu celów. Kogo ja chcę oszukać. Myślałem, że jest nudny. Może ma jakieś załamanie?” – pomyślał. Bił się wciąż z myślami. Podobała się mu ta strona znajomego, ale też przerażała, bo nie wyglądała naturalnie.

            Philip rzecz jasna był przygotowany na imprezę. Był w Goldenrod City, a tacy jak on nie przepuszczają dobrej zabawy. Ubrał się szybko w ciemne dopasowane dżinsy z mankietami w szarą kratkę. Ubrał taką samą koszulę, jak mankiety. Przeczesał swoje blond włosy. Przyjrzał się sobie w lusterku i zrobił tylko rewolwery z dłoni, po czym „odpalił ładunek”. Ruszył do holu, gotowy na taneczną przygodę.

            Kyle czekał zaledwie dwadzieścia minut, a jego towarzysz był już gotowy. Zerwał się na równe nogi i błyskawicznie znalazł się przy swoim przyjacielu.
- Nieźle, nieźle – ocenił srogo Kyle. - Tak szybko? - dodał po chwili widząc zegar w holu.
- Biedactwo, tacy jak ja muszą być gotowi na wszystko – odpowiedział i wystawił mu język. Chłopcy nie czekali, ruszyli w drogę.

            Goldenrod City nocą zapierało dech w piersiach. Miliony kolorowych świateł zdobiąc monumentalne budowle, oświetlały drogi spowite cieniem. Szare chodniki, oświetlone były przez pomarańczowe latarnie, pod którymi co chwilę pojawiały się nowe sylwetki. Miasto tętniło życiem. Może nie było takie, jak za dnia - słoneczne i przepełnione trenerami - lecz wciąż emanowało sporą dawką energii.

            Philip czuł się jak w raju, coś się działo. Kyle też odczuwał spokój, mimo chaosu jaki panował. Potrzebował on ukojenia swoich problemów, a to dawał mu ruch panujący w mieście i miliony nieznany twarzy. Żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Bieg, pisk opon, trąbienie, dzikie wrzaski kobiet. To Goldenrod City, jakie widywano nocą.
- Wiesz, myślę że można by trochę podkręcić tę noc – napomniał tajemniczo Philip. Kyle spojrzał się na niego pytająco, nie rozumiejąc motywu blondyna. – Oj w sensie napić się samcu alfa! – zaśmiał się.
- Nie myślałem o tym! – zaprzeczył szybko.
- Dobra, dobra. Widzę to spojrzenie – uśmiechnął się łobuzersko. – Ale będę udawał, że myślałeś, o czymś jeszcze bardziej dziwnym.
- No dobra masz mnie! – zmienił zdanie. Trenerzy zatrzymali się przed sklepem z neonową, zieloną butelką. Philip poszedł do środka i po chwili wyszedł z zieloną butelką z czerwonym płynem wewnątrz.
- Dzisiaj wypijemy coś słabego, bo nie wiem – nie wiedział, jak ma dokończyć.
- Spokojnie, nie jestem święty – wtrącił Kyle w miarę neutralnie. Doskonale wiedział, jak ludzie go postrzegają i lubił to.
- Nie to -  nie dokończył, zrozumiał jakie to bezsensu.
            Kyle i Philip udali się do jakiegoś parku znajdującego się tuż obok najwyższego budynku w mieście. Za dnia było to miejsce spotkań babć i matek ze swoimi dziećmi. Teraz jednak przemieszczała się przez niego nie do końca trzeźwa młodzież.
- Myślę, że to będzie dobre miejsce – powiedział Philip, kiedy znaleźli się w odosobnionym miejscu. Gdzieś pomiędzy krzewami berry.
- Tego mi trzeba było – Kyle odkręcił butelkę i wziął pierwszego łyka. Philip otworzył szeroko oczy, ku zdziwieniu.
- Spokojnie, nie tak szybko, ja chcę dojść do klubu – powiedział wyrywając przyjacielowi trunek.
- Dam radę – odparł pewnie szatyn. – Boisz się?
- Nie, nie boję się. A teraz powiedz mi co się z tobą do diaska dzieje? – Zapytał marszcząc brwi.
- Nie rozumiem o co Ci chodzi – odparł i pociągnął kolejny łyk.
- Dobra, nie znam cię może – przyznał zirytowany. – Ale wiem jedno, to na pewno nie jesteś ty! – Spojrzał się na niego swoimi bursztynowymi oczami, jakby szukał odpowiedzi. – Chociaż sam już nie wiem – machnął ręką i opuścił wzrok.

            Kyle przyglądał mu się chwile, czuł się taki sparaliżowany. Chciał coś powiedzieć, ale czuł jak coś mu ściska gardło, a jego ręce nieznacznie drżały, choć jemu wydawały się być skrępowane. Jego niebieskie oczy wydawały się nic nie wyrażać, jakby panowała tam totalna pustka. Philip wciąż wpatrując się w ziemie, zabrał butelkę i pociągnął kolejny łyk.
- To nie jest tak. Nie potrafię i nie chcę – powiedział nieskoordynowanie Kyle. – Chciałbym, ale nie jestem w stanie, to… - przerwał nie czując się na siłach.
- To co? – zapytał zdenerwowany Philip. Widział, że coś dręczyło Kyle’a, ale co miał zrobić z tą sytuacją. Najchętniej po prostu by dopił butelkę taniego wina i ruszył na miasto sam, jak zawsze robił. Nie miał ochoty babrać się w emocjonalnym bałaganie. To nie w jego stylu.
- To nie jest łatwe. Mam po prostu dość! –wyrzucił wreszcie z siebie, czując jak pękła jakaś bariera.
- To znaczy? – spojrzał się pytająco Philip, czując postęp.
- Jestem zmęczony, tą podróżą. Czuję jakbym się oszukiwał, czuję jakbym płyną w piasku, jakbym przemierzał bezkresną pustynię – przyznał, a jego oczy się zeszkliły. Philip zauważył to i nieznacznie drgnął, ale przypomniało mu się, że nie są przyjaciółmi, a męskie uściski, są dziwne. Tak przynajmniej wmawiał mu ojciec.
- Poproszę detale – powiedział chłodno, żeby nie pokazać litości. Philip nienawidził jak ktoś litował się nad nim w chwili jego słabości, nie lubił też odzywek: ”wszystko będzie dobrze”, bo jak inaczej ma być.
- Wyruszyłem w tą podróż mając na celu chęć realizacji. Myślałem, że jakoś to będzie. Myliłem się, nie jestem silny – przy ostatnim wyrazie załamał mu się głos.

            Philip nie wiedział co odpowiedzieć, nie wiedział czy zadać kolejne pytanie, czy po prostu czekać. Ta chwila wydawała się mu ciągnąć. Na szczęście Kyle wciągnął powietrze do płuc i był gotowy na kontynuację historii.
- Nie rozumiem czemu jestem zabawką ludzi. Dopóki robię czego chcą jest dobrze, a kiedy zaczynam robić coś po swojemu jest źle – wyjawił. – Całe swoje życie starałem się być idealnym synem, idealnym uczniem, idealnym przyjacielem bez skazy. Całe swoje życie, można powiedzieć udawałem. Zamiast wyruszyć w podróż odkładałem to, a wybrałem pewnego konika, który zawiedzie mnie do sukcesu.
- Ale to zmieniłeś – wtrącił Philip.
- Zmieniłem? – zapytał się retorycznie. – Nie sądzę – dokończył. – Boję się tego co robię.
- Wyszedłeś ze strefy komfortu. To normalne – wycedził, kolejny raz przerywając monolog.
- Powiedzmy, że tak, powiedzmy, że jest dobrze – bredził. – To czemu się tak boję?
- Każdy się boi – odparł spokojnie Philip. Sam doskonale odczuwał lęk, lecz nigdy nie pozwalał mu wziąć nad nim góry. Zawsze było coś do zrobienia.
- A ty? Czy ty się czegoś boisz? – spytał. Philip w tej chwili zamarł, nie wiedział co odpowiedzieć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że alkohol zaczął robić swoje.
- Tak, ale nie potrafię tego określić – odpowiedział, nie dając jednoznacznej odpowiedzi.

            Kyle uśmiechnął się, po czym spojrzał mu w oczy z poczuciem wyższości. Nie do końca kontrolował to co robi, czy mówi.
- Boisz się przyznać do swoich lęków – skomentował krótko.
- To nie tak – odpowiedział Philip, a w sercu poczuł dziwny ucisk. – Ja boję się wielu rzeczy.
- Na przykład? – krótkie pytanie Kyle’a okazało się celne. Philip nie potrafił mu po prostu udzielić informacji. – Tak myślałem – skwitował.
-  Przestań! – warknął. – Nie chcę o tym rozmawiać – powiedział nie mając nic lepszego.
- Może skończymy tę rozmowę? – zapytał Kyle, licząc, że to koniec tematu.
- Nie. Gadaj co ci jest! – po raz kolejny uniósł głos.
- Dobra rozumiem, że idziemy – puścił tą uwagę mimo uszu i zapytał podnosząc, prawie pustą butelkę.
- Nie! – zaprotestował blondyn, ale Kyle już stał. Philip nie chcąc go stracić, ruszył za nim.

            Przez dalszą drogę szli w milczeniu, wreszcie dotarli do jednego z klubów. Przed lokalem stało mnóstwo ludzi. Wszyscy wydawali się dobrze bawić, oczywiście nie zabrakło awanturników, szukających zaczepki. Kyle szybko przemknął obok tłumu. Zszedł schodami, które prowadziły do kamiennego tunelu, na końcu którego znajdowały się purpurowe drzwi. Po zapłaceniu za wstęp ruszył na parkiet, a za nim rzecz jasna Philip.

            Kyle dawał z siebie wszystko co najlepsze. Co chwilę przewijał się w innym miejscu, z inną dziewczyną. Głośna muzyka i kolorowe światła, nie przeszkadzały mu w łowach. Ze zupełnie spokojnego, niewinnego chłopaczka, stał się łowcą. Chcącym się zabawić. Jego twarz nic nie wyrażała. Co ułatwiało mu zdobywanie nowych parterek do tańca, których pociągała jego tajemniczość. Promieniował swoją aurą zdobywając to czego chciał, jakby był inną osobą.

            Philip starał się nadążyć za swoim znajomym, ale stawało się to coraz trudniejsze. W końcu dał sobie z tym spokój i zaczął się bawić. Na szczęście Kyle niebawem udał się na zewnątrz, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Sytuację postanowił wykorzystać Philip. Musiał wiedzieć co jest przyczyną takiego zachowania chłopaka.

            Kyle był już na zewnątrz, oddychał głęboko, czuł krople potu na swoim czole i naprawdę czuł się dobrze. Może w środku odczuwał mały niepokój, jednak zabawa, pompowała w niego kolejne dawki adrenaliny i endorfiny. Philip nie zamierzał bawić się w kulturę. Podszedł do Kyle i pchnął go na ścianę, blokując mu możliwość ruszenia się za pomocą łokcia przyłożonego do klatki.
- A teraz mów co ci jest! – powiedział stanowczo blondyn. Jego zachowanie było agresywne, bo tak naprawdę nad sobą nie panował.
- Puszczaj! –jęknął Kyle, czując jak łokieć wbija się mu w prawą część klatki piersiowej.
- Tak, jasne, a ty sobie polecisz i dalej będziesz się tak dziwnie zachowywał. – Przewrócił oczami wypowiadając te słowa.
- A może chcę pogadać? – zasugerował.
- Wiem, że jestem blondynem, ale bez przesady. Nie dam się nabrać – powiedział pewnie. – Ja cię puszczę, ty zwiejesz, a potem będę szukać cię w tym tłumie? – przedstawił mu.
- No dobra, zachowuję się chyba jak Alice – powiedział opuszczając głowę. Philip czując jak Kyle powoli opada, zwolnił uścisk. Kyle kucnął opierając się plecami o ścianę. Blondyn powędrował za nim wzrokiem i za chwilę też przykucnął.

            Kyle dalej nie podnosił głowy. Ciężko mu było wypowiedzieć jakieś słowa, takie które oddałyby jego emocje. Chociaż czuł się już znacznie lepiej. Opuściła go złość, która pompowała w niego tę dziką energię.
- Mam po prostu dość – wyjawił, wciąż zasłaniając twarz dłonią.
- Czego? – spytał Philip nie wiedząc o co też chodzi.
- Tej całej podróży. Czuję się jak oszust. – Philip słysząc to, zmarszczył brwi. – Wiem, że tego nie zrozumiesz. Chodzi o to, że dostaję cały czas łupnia. Raz uda mi się wygrać to potem znowu przegrywam. Czuję się jakbym płyną w basenie wypełnionym piaskiem. I tak prędzej czy później tonę – opowiedział.
- Nie wiedziałem – wtrącił. – Ale przecież jesteś naprawdę dobry.
- Nie! – przerwał. – Moja mama powiedziała, że nie nadaję się na trenera. Mogę być jedynie naukowcem, bo do tego się nadaję. Musiałem postawić na swoim. Teraz nie jestem pewien czy to było dobre - odetchnął. -  Może jestem tym gościem, który chce śpiewać, ale i tak nie potrafi – powiedział spoglądając się na przyjaciela.
- Dopiero zaczynasz, to jasne że popełniasz błędy – pocieszył, ale dla Kyle nie było to wystarczające.
- Naprawdę? – spytał ironicznie. – Początkujący czy nie, ja się niczego nie uczę. Odznakę dostałem dzięki wysiłkowi moich pokemonów, właściwie to im wszystko zawdzięczam. Ja nie potrafię wymyśleć niczego. A przecież mamy za sobą szkołę pokemon! - zaznaczył.
- Przecież to nieprawda ! – zaprzeczył. Philip w głębi podziwiał Kyle’a. On miał bardzo dobre pomysły. Sam fakt jak pokonał Whitney. - A teoria, a praktyka to dwie różne sprawy - dokończył.
- Co nie zmienia faktu, że czuję, że walczę wbrew wszystkiemu. Wciąż się niczego nie uczę i ta podróż więcej zabrał niż dała. Pokłóciłem się z Alice, z rodzicami mam na pieńku, minął miesiąc, a ja mam dopiero jedną odznakę. Czas biegnie i biegnie – cedził.
- No dobra, ale ty cały czas posuwasz się do przodu. – Philip uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu szatyna.
- I tak czuję się jak oszust.

            Philip spoglądał na niego i słuchał go cierpliwie. Wiedział, że tamten musi wylać swoje smutki. Cieszyło go, że wreszcie się otworzył i powiedział, co tak naprawdę leży mu na sercu. Blondyn czuł, że kryzys zaraz minie.
- Mam już dość ze wszystkim walczyć, udowadniać kim jestem. Chciałbym, żeby ktoś po prostu zaakceptował moje zdanie i ciągle mnie nie poprawiał. Nie mam już siły udowadniać i bronić swojego zdania. Ile można? Czemu nie ma przy mnie nikogo kto akceptuje mnie? – powiedział z głębi serca. Jego oczy po ostatnim wyrazie natychmiastowo zaszkliły się, kolejny raz dzisiejszego wieczoru.
- Hej! Ja uważam, że jesteś świetny. Jesteś naprawdę dobrym trenerem i jak widzisz wciąż tu siedzę, mimo tych dziwnych akcji – zaśmiał się. Myślał, że tym zdoła rozbawić przyjaciela. – Alice też cie podziwiała, może trochę aż za bardzo – przerwał – ale jednak!
- Tak, bo ona tu jest – odpowiedział poirytowany. – Właśnie o to chodzi, ona też czegoś chciała. Chciała mnie za chłopaka, a kiedy ją odtrąciłem to już jest źle.
- Nie uszczęśliwisz całego świata – powiedział nie mogąc już słuchać tego. – Zawsze będzie ktoś nieszczęśliwy, zawsze komuś coś nie będzie pasowało. Ważne jest to, czy czujesz się fair w stosunku do siebie.
- Chyba masz rację – mruknął unosząc głowę.
- No pewnie, że mam – uśmiechnął się Philip.

            Kyle jeszcze chwilę patrzył się na niego. Przesuwał swoimi źrenicami po cały chłopaku, zupełnie jakby czegoś szukał.
- No dobra, a co jest z tobą? – spytał się, powoli wstając. Philip jakby na chwilę zamarł, już się nie uśmiechał.
- Nie wiem – odpowiedział krótko.
- A co czujesz, że jest? – Postanowił go podejść.
- Nie umiem na to odpowiedzieć, chciałbym - wyszeptał. - Ja idę do środka - oznajmił.
- To idź, ja za niedługo wrócę, potrzebuję jeszcze trochę świeżego powietrza - odpowiedział.

            Chwilę po tym jak Philip odszedł od Kyle, ten postanowił wybrać sie na krótki spacer. Wracanie z imprezy był dla niego naprawdę relaksujące. Wreszcie mógł pozbierać do kupy swoje myśli, postawić sobie kilka nowych postanowień. Przyjemny chłód, schładzał jego przegrzane ciało. Czuł jak powoli mu wracały siły. Próbował myśleć, próbował poukładać sobie to wszystko, lecz nie potrafił. Maszerował dalej po ciemnych uliczkach, szukając olśnienia. Nie zdawał sobie sprawy jak daleko zabrnął.

            Ciszę przerwało warczenie. Kyle zdrętwiał. Był sam w jakiejś ciemnej uliczce, nieopodal parku. Warczenie stawało się coraz głośniejsze. Chłopak nie chciał spoglądać za siebie. Potrzeba wiedzy zwyciężyła. Spojrzał się za siebie, a jego oczom ukazała się sfora czarnych psów z czerwonymi pyskami i czymś w rodzaju czaszki na głowie. Na czele gromady stał znacznie większy wilczur z rogami, zamiast czaszki i rozbudowanym ogonem.

            Zdawał sobie sprawę, że ucieczka pogorszy sytuację, ale nie był pewny czy czarne wilki dadzą mu spokój jeśli ten będzie po prostu stał. Z Growlithe ta sztuczka by się udała. Te dzikie psy, jednak miały już zaplanowaną kolację. Był nią Kyle.


            Zawył największy z dzikich psów i ruszył przed siebie, a za nim sfora. Kyle przyglądał się całej sytuacji, czekając na... 

__________
Od Autora:
W skrócie moja nieobecność spowodowana jest uczelnią(dużo nauki), towarzystwem(trzeba było nadrobić spotkania, a i tak wciąż z wieloma powinienem się spotkać), ćwiczenia, nowe zwierzątko. W sumie nazbierało się tego.

Teraz jednak jest czas na bloga i w poniedziałek, albo niedzielę ukaże się nowy rozdział. Wciąż mam wenę, a poza tym należy się wam zaległy rozdział :P. Jedynce co wam zdradzę, że będzie nawiązywał do filmu:"Przed wschodem słońca". Uwielbiam go, jest taki prosty i taki ciekawy. Lubię takie filmy które dają Ci do myślenia. I nie mówię tutaj, o :"Przed świtem".

Rozdział inny, chyba. Stworzyłem go w sumie parę dni temu. Jest on w zupełnie innym klimacie. Ale skoro i tak nie idę w bajkowy styl, to pozwolę sobie zrobić coś innego. Oczywiście dalej będą walki pokemon i inne. Dalej będzie tak samo, lecz nie będę starał się utrzymać wątku głównie wokół podróży. Tytuł nawiązuje do płyty Madonny. To fakt, ale akurat tego słuchałem, a że nie miałem pomysłu na tytuł, no to wziąłem i idealnie pasuje! :D Tak się już kończy jak człowiek uzależniony jest od muzyki. Dobra mam jeszcze dużo do napisania, lecz kończę, coby nie zanudzać.
Pozdrawiam!

Obserwatorzy